Saturday, May 24, 2008

Język

Nie będę w tym wpisie powtarzał informacji, które można znaleźć w innych źródłach. Opowiem raczej o moich wrażeniach co do języka i różnych zabawnych sytuacjach. Sam się języka wietnamskiego prawie nie uczyłem - nie wiążę przyszłości z tym językiem i wychodzę z założenia, że czego bym się nauczył, to i tak zapomnę. Grażyna była w zupełnie innej sytuacji - uczyła się systematycznie i obecnie jest w stanie przeprowadzać wywiady w tym języku. (Grażyna mówi: może "przeprowadzać wywiady" to za wiele powiedziane, ale porozmawiam sobie już na różne tematy :)

Wymowa

Najtrudniejszym chyba aspektem wietnamskiego jest wymowa i to z dwóch powodów: ze względu na samogłoski oraz ze względu na tony; przy czym, o dziwo, to pierwsze wydaje się być trudniejsze. Tam gdzie w języku polskim występuje jedna samogłoska - w wietnamskim jest kilka odpowiedników, które trzeba rozróżniać. Występują wiec takie samogłoski jak: a, ă, â, e, ê, o, ô, ơ, u, ư, i oraz y. Grażynę niedawno nauczycielka pochwaliła, że ma najlepszą wymowę w grupie. Dużo nad nią pracowała, ćwicząc z nagrań, ale i tak przez dłuższy czas xe-ôm'owcy nie mogli zrozumieć, gdzie chce jechać, bo nazwę ulicy przy której mieszkamy wymawiała bardziej jak "Hàng Hồm" a nie "Hàng Hòm". Naszej koleżance, która też ma bardzo dobrą wymowę, przydarzyło się zauważyć karalucha w łazience. Wpadła w lekką panikę i przy okazji napędziła strachu swojej gospodyni, po chciała krzyknąć, że w łazience jest "con gián" (karaluch) a wyszło "con rắn" (wąż). W dialekcie hanojskim "gi" przed samogłoską oraz "r" czyta się tak samo. Różnica jest w samogłosce: a jest długie, zaś ă - krótkie (między innymi), a dodatkowo nakładają się na to tony, które przy okazji zmieniają długość samogłoski.

Tony

Tonów jest sześć (na południu pięć). Zastosowanie różnych tonów zmienia zupełnie znaczenie słowa. Oto przykładowa sylaba w sześciu możliwych wariantach:
  • ba - "three" - ton "mid level"
  • - "lady" - ton "low falling (breathy)"
  • bả - "poison" - ton "mid falling(-rising), harsh"
  • - "residue" - ton "mid rising, glottalized "
  • - "governor" - ton "mid rising, tense"
  • bạ - "at random" - ton "mid falling, glottalized, short"
Na tony trzeba uważać, bo można wypowiedzieć nie to co się planowało. Np. zamiast potrawy podobnej do rosołu (phở) zamówić k... (phò) (tony pytający i opadający są bardzo do siebie podobne). Naszej koleżance zdarzały się różne wpadki, zarówno niewinna jak i bardziej spektakularne. Do tych pierwszych należy powiedzenie w punkcie ksero "Ba Lan" czyli "Polska" zamiast "ba làn" czyli "trzy razy". Do tych drugich zapytanie znajomego rodziny, u której mieszkała zamiast "Bác đã ăn buổi tối chưa?" ("czy jadł Pan już kolację?") "Bác đã ăn buồi tôi chưa?" ("czy jadł Pan już mojego ch...?").

Dialekty

W języku wietnamskim występuje wiele dialektów i ludzie z północy mają często problemy podczas porozumiewania się z ludźmi z południa. Wydaje się jednak, że te różnice są odzwierciedlone w sposobie odczytywania konkretnych liter. Na przykład w dialekcie Hanoi "r", "d" oraz "gi" przed samogłoską czyta się jako /z/. Podobnie "x" oraz "s" czyta się jako /s/. Jednak w innych regionach Wietnamu jest inaczej.

Nauka

Zarówno Grażyna jak i ja mamy odczucie, że uczenie się wietnamskich słówek jest znacznie wolniejsze niż w przypadku słówek z innych, znanych nam języków. Problemem jest konieczność zapamiętania tej dodatkowej informacji, jaką jest ton oraz wariant samogłoski. To trochę tak jakby zamiast słów uczyć się kilkuznakowych akronimów z dodatkowymi cyframi oznaczającymi wariant samogłoski i ton - czyli "Dzień dobry" jako CHAO13, "dziękuję" jako CAM14 ON31. Wielką zaletą wietnamskiego jest jednak to, że odczytywanie słów jest jednoznaczne i że używany jest alfabet łaciński. Zdecydowania ułatwia to sprawę w porównaniu z chociażby tajskim, który ma własny alfabet, a reguły wymowy sprawiają wrażenie podobnie skomplikowanych jak we francuskim.

W drugą stronę

W drugą stronę wcale nie jest łatwiej. Dla Wietnamczyków europejskie języki są trudne. Jednym z problemów jest - jak sądzę - brak tonów, gdyż powoduje to, że intonacja jest swobodna. To samo słowo jest bardzo różnie wypowiadane z różną intonacją, przez co brzmi jak wiele różnych słów. Wyobrażam sobie, że to może być trochę tak jakby w jakimś języku głoski f/w/θ/ð/s/z było stosowane zamiennie w zależności od pozycji w zdaniu, a często losowo.

Wietnamczycy dodatkowo mają problemy ze zbitkami spółgłoskowymi, przez co wielu wymawia np. "Minsk" (marka niegdyś popularnego tu motocykla) jak "min". Widzieliśmy też plakat Media Mart - zbitka "rkt" byłaby jak sądzę zbyt trudna do wymówienia.

Nauka angielskiego

Nasi koledzy z Poznania zarabiali ucząc dzieci języka angielskiego. Nie było od nich wymagane żadne przygotowanie ani wykształcenie pedagogiczne, a i tak dostawali $10 za godzinę - zdecydowanie więcej niż wietnamscy nauczyciele. Wszystko dlatego, że właściciele szkoły wychodzili z założenia, że Europejczyk z założenia będzie lepiej mówił po angielsku niż Wietnamczyk. Ciekawe jak by potraktowali Wietnamczyka, który przez długi czas mieszkał w Polsce. Taki Wietnamczyk może przecież opanować angielski równie łatwo jak Polak. Swoją drogą można się zastanowić, czy zasadne jest nazywanie go Wietnamczykiem, a nie Polakiem pochodzenia wietnamskiego lub po prostu Polakiem. Dlaczego tak trudno przychodzi w myśleniu potraktowanie osoby pochodzenia azjatyckiego jako Polaka, nawet jeśli mówi po polsku bez akcentu i tu się wychował? Ale to już jest temat na inną dyskusję.

Monday, May 12, 2008

Ludzie / Różnice kulturowe 2

Nasz pobyt w Wietnamie zbliża się do końca. Zostały nam niecałe dwa tygodnie przebywania w Hanoi, i jeszcze mniej całe trzy tygodnie pobytu na Południu. Pora więc rozpocząć serię wpisów podsumowujących.

Ten post dotyczyć będzie kwestii, która mnie osobiście w Wietnamie interesowała najbardziej, a więc - ludzi. Nie będę oczywiście w tym miejscu udzielać odpowiedzi na pytanie "Jacy są Wietnamczycy?" Wiemy bowiem rzecz jasna (aż za bardzo wiemy), że tego typu pytanie jest pytaniem źle postawionym, jako że nie wolno nam uogólniać, a wszystko, co sformułujemy w odpowiedzi na nie, stanowić będzie jedynie wyraz żywionego przez nas, ewentualnie "naszą kulturę", stereotypu. Tak więc, w tym miejscu podzielę się jedynie moim osobistymi doświadczeniami, wyniesionymi zarówno z bliższych, jak i bardziej powierzchownych kontaktów, które nawiązywałam i utrzymywałam podczas pobytu w Wietnamie. Charakter tych doświadczeń w równej mierze, co z kulturowej specyfiki Wietnamczyków, wynika oczywiście również z moich własnych cech, jak i z percepcji owych cech w Wietnamie. Jak wiadomo, jestem dość młodą kobietą, zaliczającą się do "tây" - czyli "zachodnią" (zmieniając wydźwięk na nieco bardziej pejoratywny, można to określenie przetłumaczyć jako "białas/białaska"), która przez trzy miesiące przebywała tu samotnie, w późniejszym czasie zaś - wraz z mężem.

Wiele kontaktów nawiązanych w Wietnamie będę wspominać miło. Wielu osobom jestem wdzięczna za okazaną mi pomoc i życzliwość. Chciałam w tym miejscu wspomnieć o tych wszystkich, którzy pomogli mi w prowadzeniu badań, wprowadzając mnie w tutejsze realia, pomagając nawiązywać kontakty, zabierając mnie w różne miejsca czy też wynajdując mi osoby do rozmów.

Zapewne nikt z osób tu wymienionych mojego wpisu nie przeczyta (choć niektórzy znają język polski, więc - kto wie). W każdym razie, szczególnie podziękować chciałam: Hương, z którą przeprowadziłam wiele interesujących rozmów i która zapoznała mnie z różnymi osobami. Minh, mojej wieloletniej znajomej z Polski, która obecnie wróciła do Wietnamu, i pomogła mi bardzo w wyszukiwaniu rozmówców. Giápowi, który nas zabrał na wieś, pełniąc tam role naszego przewodnika. Pani Phương, za liczne rozmowy i kontakty. Pani Hạnh - za szereg zaproszeń. Thu - dziewczynie poznanej na wycieczce, za zupełnie bezinteresowną i zaskakującą pomoc w zrealizowaniu ankiet. Wielu innym osobom, jak Long, Hiếu, Ngân - za rozmowy, wyjaśnienia i wprowadzanie w temat.

Kontakty z tymi osobami były źródłem wielu pozytywnych przeżyć i odczuć. Miłe wizyty w kawiarniach, zaproszenia na lẩu, rozmowy na malutkich stołeczkach gdzieś przy ruchliwej ulicy, gdzie zajada się przeraźliwie kwaśne mango i smaczne nem chua rán. Zapamiętamy na zawsze pobyt na wsi w Nghệ An, kiedy to bardzo niemajętni ludzie gościli nas z wielką serdecznością, opowiadając nam przy tym o swoim życiu i apelując: kiedy wrócisz już do swojego kraju, zrób coś dla biednego Wietnamu! Będę pamiętać o licznych rozmowach, w których miałam poczucie, że ktoś przede mną się odsłania, pozwalając mi zrozumieć coś z jego sposobu postrzegania świata, a przez to pośrednio - ze swojej kultury. Miło będę wspominać młodą, zamożną Wietnamkę częstującą nas owocami na statku w Hạ Long i opowiadającą przy tym historię swojej trudnej miłości do chłopaka z Sa Pa, pochodzącego prawdopodobnie z jakiejś mniejszości etnicznej. Ciepło myślę o serdeczności pewnego aptekarza, który zawsze przy okazji zakupów przeprowadzał z nami krótką pogawędkę, usiłując mnie nauczyć wietnamskich określeń na termometr lekarski i ścienny. Fajne kontakty utrzymywaliśmy z obsługą miejsc, gdzie jadaliśmy najczęściej. Serdeczne dziewczyny z Kangaroo zawsze chciały pogadać ze mną po wietnamsku, jednocześnie perfekcyjnie opanowując umiejętność mówienia "dziękuje" (po polsku, mam na myśli). Równie sympatyczna była załoga Pepperonis na Bảo Khánh (a zwłaszcza mój ulubiony kelner w okularkach, Huy Hừng :-) ) - dostemplowywali nam dodatkowe znaczki na kartach promocyjnych, a od czasu do czasu nie kazali sobie płacić za napoje, czy organizowali jakąś inną "promocję"...

A poza tym, miałam całą masę doświadczeń nieprzyjemnych. Opis wycieczki do Hạ Long może tu dostarczyć zarysu sytuacji. Chociaż w moim osobistym odczuciu, najbardziej nieprzyjemne wydarzenie miało miejsce podczas jesiennego wyjazdu na plażę do Sàm Sơn (jeszcze bez Janka). Zostałyśmy wówczas wraz z Asią napadnięte - w sensie całkiem dosłownym - przez bandę miejscowych, którzy zaczęli nam robić zdjęcia, pomimo naszego wyraźnego sprzeciwu. A potem te zdjęcia wywołali i kazali sobie za nie zapłacić. Kilkaset tysięcy... (czyli kilkadziesiąt złotych). Kiedy stwierdziłyśmy, że nie i już, tłumek ludzi wokół nas zaczął gęstnieć i gęstnieć, otoczyło nas dwie kilkanaście osób... W końcu zapłaciłyśmy, nie pamiętam ile, coś koło stu tysięcy (14 złotych) pewnie - tłum był wyraźnie niezadowolony, ale puścił nas wolno.

Codzienne doświadczenia - to również kierowcy xe ôm (taksówki motorkowe) wołający na ciebie nieustannie "motobike, madam", przeplatane wydawaniem najróżniejszych odgłosów typu gwizd, cmokanie, jodłowanie - plus od czasu do czasu gesty o charakterze seksualno-obsenicznym (choć ja mam to szczęście, że jestem kobietą dość sporą jak na wietnamskie warunki, i choć młodą, to już nie nastoletnią - spotykało mnie więc znacznie mniej zaczepek niż np. Asię).

Następna sympatyczna kwestia to kierowcy autobusów miejskich, którzy nie odczuwają chyba żadnej potrzeby ograniczenia swoich zapędów do dzikich manewrów i nagłego hamowania. Kiedy raz kierowca zahamował tak, że spadłam z siedzenia, wbiła mi się w żebra barierka i straciłam na moment oddech, reakcją zarówno kierowcy, jak i biletera, był radosny śmiech, wraz z komentarzem: "o, biała spadła z siedzenia!" Autobusy często ruszają z przystanku z otwartymi drzwiami, zanim ludzie zdążą wsiąść, równie często drzwi zamykają się, gdy ktoś właśnie wychodzi. Co znamienne - nikt specjalnie przeciwko temu nie protestuje. U nas w takiej sytuacji ludzie awanturują się z kierowcą, często stosując wyrafinowane porównania typu "Idź pan worki z ziemniakami wozić, a nie ludzi!" Tutaj panuje potulna zgoda na taki styl prowadzenia pojazdu, nawet jeśli od czasu do czasu jakiś pasażer się wywróci, a inny zostanie przytrzaśnięty. Czy ludzie tu po prostu nie wiedzą, że można inaczej? Całkiem możliwe, my po skorzystaniu kiedyś z systemu komunikacji miejskiej w Finlandii o wiele gorzej oceniamy warszawską :-) A może tutejszym mieszkańcom to naprawdę nie przeszkadza?

Kolejny aspekt to handlarki uliczne i bazarowe, które oczywiście dyktują białemu cenę kilkukrotnie wyższą. Sam w sobie ten proceder nie jest jakoś zdumiewający czy szczególnie przykry. W Malezji na bazarze, czy Tajlandii z kierowcami tuk-tuków - też odbywaliśmy cenowe negocjacje. Przykry jest on dopiero w połączeniu z tutejszym podejściem do tego rodzaju transakcji handlowych. Mianowicie, owe transakcje cechuje rodzaj śmiertelnej powagi. Jeśli nie chcesz zapłacić oczekiwanej ceny, handlarka gotowa jest się na ciebie obrazić, rzucić słowem typu "głupia", albo zirytowanym tonem stwierdzić coś w rodzaju "a, biała mówi po wietnamsku" (w domyśle: ale niech sobie nie myśli, że w związku z tym ma mniej płacić). W związku z tym, po pewnym czasie przestaliśmy kupować owoce. Za duży stres - człowiek albo płaci za banany tyle, co w Polsce, albo przypłaca ich kupienie nieprzyjemną kłótnią, po której handlarka podaje mu banany z gestem świadczącym o to, że wyrządziliśmy jej wielką krzywdę. W Malezji czy Tajlandii targowanie się było rodzajem gry towarzyskiej, lekkiej zabawy; nie wiązała się z nim taka doza negatywnych emocji, jak tutaj. Nie wiem, na ile owe nieprzyjemne zachowania handlarzy są kwestią ostatnich lat - czyli okresu szybkiego rozwoju gospodarczego, dużej inflacji, wzrostu cen i aspiracji życiowych. W każdym razie, nie przyswojono sobie tutaj jednej ze złotych zasad kapitalizmu: bądź dobry dla klienta, a klient do ciebie wróci.

Innym rodzajem trudności w kontaktach z ludźmi była kwestia mojego nieprzystosowania do reguł wywodzących się, być może, od zasady "zachowania twarzy". Szczególnie dokuczliwa w obcowaniu była norma nie wyrażania odmowy wprost. Słowem, jeśli dany Wietnamczyk, mój potencjalny badany, w odpowiedzi na moje pytanie, czy zgodzi się ze mną porozmawiać, powiedział "tak", nie należało tego uznawać za definitywną zgodę. Być może po prostu owa odpowiedź stanowiła oznakę dobrego wychowania, w myśl zasady zachowania obopólnej zgody i harmonii między uczestnikami danej interakcji. Przyswoiłam sobie wiedzę o tej regule dość prędko; o wiele trudniej przychodziło mi praktyczne radzenie sobie z nią. Czy ten człowiek, który powiedział "tak", w końcu ze mną porozmawia, a jedynie jest zabiegany lub mu się aktualnie nie chce - w związku z czym jest celowe męczenie go kolejnymi sms-ami i telefonami? Czy też powinnam go zostawić w świętym spokoju, jeśli obiecał, że się odezwie, a się nie odzywa? Niejednokrotnie doradzano mi pierwszą strategię, ja częściej obierałam drugą - i miałam rację. Z mojego doświadczenia wynika, iż ten, kto naprawdę miał zamiar się odezwać, zrobił to i tak, choć często z miesięcznym czy dwumiesięcznym opóźnieniem. Nagabywanie zaś tych, co nie mieli takiego zamiaru, było zwykłą stratą czasu i nerwów. Słowem, w kontaktach badawczych niezbędna była duża doza cierpliwości.

Kolejną kwestię, momentami trudną - choć o wiele mniej problemową - stanowiło zagadnienie odmiennego podejścia do terminowości i punktualności. Przykładowo - moi znajomi, z którymi utrzymywałam kontakt na jesieni, umówili się ze mną "na czwartek". Moja próba sprecyzowania owego "czwartku" często napotykała na odpowiedź w rodzaju "po południu". Kiedy znów - czując się już dość namolnym natrętem - próbowałam sprecyzować godzinę, i usłyszałam "siedemnasta", nauczona doświadczeniem, wiedziałam, że powinnam się zjawić w danym miejscu najwcześniej o 17.30 (albo i później). Niejednokrotnie zdarzało mi się, że bywałam zapraszana do domu owych znajomych "na jutro koło szesnastej"; kiedy przychodziłam punktualnie, nikogo nie było w domu. Dzwoniłam na komórkę i słyszałam spokojne wyjaśnienie: tak, jestem na mieście, ale będę za 40 minut. Słowem, na ten rodzaj spotkań należało mieć zarezerwowane całe popołudnie wraz z wieczorem; nie należało liczyć na to, że jeżeli umówiło się na krótką rozmowę o 16, to można rysować sobie inne plany na wieczór. Miało to nawet swój urok - takie swoiste zwolnienie tempa życia, wrzucenie na luz; człowiek otrzymywał nagle 40 minut wolnego, w którym to czasie mógł sobie siedzieć i kontemplować życie ulicy. Gorzej, jeśli jednocześnie dochodziły do głosu rozmaite wyrzuty sumienia na tle nie wypełniania własnych zobowiązań: "Piąty raz przychodzisz tutaj w odwiedziny, siedzisz całe popołudnie, wieczór, a nie jesteś w stanie umówić się z nikim konkretnie na wywiad!"

Były jeszcze inne rodzaje trudności w kontaktach z ludźmi, znacznie trudniej uchwytne. Asia opowiada o tym, jak rodzina, u której mieszka, ciągle oprotestowuje picie przez nią mleka - Campina, 3,4 procent tłuszczu. Bo takie mleko jest niezdrowe. Mleko, którego użycie jest dopuszczalne - to mleko skondensowane, wysokosłodzone. Tego rodzaju mleko dolewamy do kawy. Ale picie takiego zwykłego mleka z kartonu? Jest złe, niewskazane, niewłaściwe. Oczywiście, różnice kulturowe w sposobie odżywiania się to sprawa jasna. Ale - czy u nas również patrzono by dziwnie na Wietnamczyka, który popija przeraźliwie mocną, zieloną herbatę? Wydaje się, że jednak większość osób świadoma jest faktu, że ludzie z różnych zakątków świata posiadają różne upodobania kulinarne. Czy u nas też próbowano by odwieść Wietnamczyka, wynajmującego pokój od polskiej rodziny, od spożywania dużych ilości ryżu i nawrócić go na pieczywo? Tłumaczyć mu, że jego sposób żywienia jest niewłaściwy i niezdrowy? Może i tak, może to moje antropologiczne skrzywienie z wdrukowaną weń afirmacją różnorodności każe mi myśleć, że "u nas" sprawy mają się inaczej.

Podczas świątecznego obiadu z okazji Tết, do udziału w którym byliśmy zaproszeni, serwowano dania takie jak nem rán (nie wchodząc w szczegóły, bliski krewny "sajgonek") i gotowany kurczak. Córka gospodarzy wyjaśniła mi: w tej miseczce jest sos do nem, a w drugiej - do kury. Spróbowałam, stwierdzając, że mi najbardziej z tego wszystkiego odpowiadają nem maczane w sosie od kury (czyli de facto mieszance soli, chili i soku z limonki). Córka gospodarzy, zauważywszy to, korygowała mnie kilkukrotnie: nie nie, to nie jest sos do nem! Nem je się z tamtym, nie tym! Wybór sosu nie był jedynie kwestią smaku; silnie podlegał on najwyraźniej zwyczajowym, tradycyjnym regulacjom. Mi, jako osobie nie przepadającej za sosem do nem (zawierającym dużą ilość sosu rybnego), trudno było się temu podporządkować :-)

Nie rozpoczynałam w tym momencie posiłku wywodu, że mi osobiście taki dobór sosu bardziej smakuje, bo wkroczyłabym na niebezpieczny temat - jako iż okazywanie, że serwowane ci jedzenie zwyczajnie ci nie odpowiada, jest wyjątkowo nieuprzejme. W związku z ową zasadą, wielokrotnie musiałam zmierzyć się z faktem, że ludzie - rzecz jasna w wyrazie gościnności i uprzejmości - wkładali mi do miseczki jakieś wyjątkowo tłuste, skórzaste i poprzerastane kawałki mięsa, świńskie nóżki, coś w rodzaju salcesonu, kurze podroby, i inne rzeczy, które mimo usilnych starań trudno jest mi przełknąć bez generowania odruchu wymiotnego. Pamiętam, jak cudowny człowiek - wujek Giápa - na wsi w prowincji Hà Tây, dokładał mi do miseczki, w której już piętrzyła się masa owych fragmentów świńskich nóżek, coraz to kolejne, mimo moich protestów. A ja walczyłam zarówno z własnym, odruchowym obrzydzeniem, jak i z wyrzutami sumienia - iż tyle jedzenia zmarnuje się przeze mnie tej niezamożnej rodzinie...

Kwestie jedzeniowe są w Wietnamie o tyle trudną dla większości Europejczyków sprawą, iż w skład tutejszego menu mogą teoretycznie wchodzić wszystkie części ciała wszystkich możliwych zwierząt :-) My osobiście nie jesteśmy przyzwyczajeni do jedzenia takich fragmentów zwierzęcia, jak skóra (skóra bawoła, której kosztowaliśmy na wsi, miała całkiem ciekawy aromat, ale jak to pogryźć?), chrząstki, podroby (nie mogę przezwyciężyć faktu, że brzydko to dla mnie pachnie), żyły itp. Kurze jajeczka jeszcze nie zniesione (takie małe, żółte kuleczki...) to rzeczywiście pewnego rodzaju ciekawostka poznawcza, ale jakoś nie umiałam się przekonać do tego, aby stały się one dla mnie regularnym elementem diety. Owszem, chciałabym umieć się przełamać, i obgryzać z przyjemnością kurze łapki, ale niestety - no pasaran. Myśl o główce gołębia z oczkami i dziobem na moim talerzu odbiera mi apetyt. Co więcej - w moim przypadku nie sprawdziła się zasada, że taka niechęć jest czymś, co z czasem można przełamać i "przyzwyczaić się" do nowych standardów. Przeciwnie - mogę zmusić się do kurzych żołądków raz czy drugi, ale kiedy owe nowe standardy zaczynają być codziennością - robi się problem. Kiedy na początku pobytu jadłam obiady z rodziną, u której mieszkamy, często przeżywałam trudne chwilę nad niektórymi potrawami. Trudno mi było wytłumaczyć (nie tylko ze względów językowych) czemu nie chcę jeść flaków i bardzo tłustego mięsa. W końcu moja gospodyni znalazła odpowiedź: Grażyna boi się utyć, dlatego unika tłuszczu! Vâng, em sợ béo - zgodziłam się z niemałą ulgą, i od tego czasu było łatwiej :)

Jest jeszcze cała masa innych spraw - z nurtu tych, które stały się mniej uciążliwe, od kiedy zaczęłam tu być z Jankiem. Otóż, kiedy mieszkałam tu sama, niemożliwy był późny powrót do domu, czy jakieś wieczorne wyjście na piwo. Posiadałam bowiem wówczas status czasowo samotnej kobiety, nad którą opiekę przejęła rodzina, wraz z którą mieszkałam; jako taka, musiałam zachowywać się właściwie. A jako że dla kobiety, której mąż przebywa gdzieś tam daleko (podobnie jak i dla niezamężnej dziewczyny) nie jest właściwe wychodzenie ze znajomymi na drinka - to tego nie robiłam. Kiedy zdarzyło mi się - bodajże dwa razy - wrócić tuż po godzinie 22, zastawałam - pomimo sms-ów uprzedzających gospodarzy o tej wyjątkowej okoliczności, szczelnie zamknięty dom. Musiałam ich zrywać z łóżek, sprowadzać z góry, i chociaż nie powiedzieli mi złego słowa, dogłębnie czułam niewłaściwość swojego postępowania. Do tej pory się zastanawiam, co sądzili oni o fakcie, iż zdarzało mi się wychodzić wieczorami - ze znajomymi, jak twierdziłam - i wracać tuż przez 22, podczas gdy jednocześnie wydzwaniał do mnie, zgrozo, jakiś wietnamski mężczyzna? (O którego status rzecz jasna dokładnie się wypytywali). Znając tutejszą ostrożność większości rodziców w odniesieniu do swoich córek, mogę sądzić, że podejrzewali mnie o różne niecne sprawki :) Tak czy inaczej, jestem im wdzięczna za ten rodzaj opieki, który nade mną w czasie owego samotnego pobytu sprawowali. Za zajmowanie się moją oparzoną stopą i prowadzanie mnie po sklepach, za zabieranie na spotkania rodzinne, za chaó w czasie przeziębienia...

Rozpisałam się, jak zwykle. Mogłabym jeszcze długo - to w końcu kilka miesięcy pobytu. Myślę jednak, że to, co napisałam, pozwala już wyrobić sobie pewien obraz tego, czym może być dłuższe niż turystyczny wypad przebywanie w Wietnamie.

Kuala Lumpur 5 - Pulau Ketam

Podczas pobytu w Malezji zrobiliśmy jednego dnia wypad na Pulau Ketam - dosłownie Wyspę Krabów. Z Kuala Lumpur dojechaliśmy pociągiem podmiejskim do Port Klang. Stamtąd promem udaliśmy się na wyspę.

Ponieważ Pulau Ketam jest podmokła - wszystkie budynki są tam zbudowane na palach. Drogi są wąskie i betonowe. Jako środek transportu używane są rowery oraz motorowery. Nie widzieliśmy ani jednego motorka. Dało się zauważyć jakieś zwierzęta - jaszczurkę, kota oraz 10 metrów dalej jakiegoś gryzonia.
Po wyjściu na brzeg
Restauracja na palach
Taki widok nie był rzadkością

Wybetonowana droga, a obok bagno



Wąż (gumowy) i jaszczurka (żywa)
Dołem biegła jakaś rura
Stocznia
Kanał przez środek wyspy



Stacja benzynowa

Wyspa jest zamieszkała przez ludność pochodzenia chińskiego. Widzieliśmy grupkę uczennic wracających ze szkoły. Mimo, że dziewczynki miały wygląd raczej chiński - jedna z nich trzymała podręcznik z łacińskimi napisami. Zastanawiamy się, w jakim języku one się uczą? Wikipedia donosi, że szkolnictwo publiczne jest w przeważającej mierze zdominowane przez język malajski, w wyniku czego większość Chińczyków wysyła dzieci do szkół niepublicznych (na wyspie mogą nie mieć większego wyboru...) Na Pulau Ketam jest dużo restauracji z owocami morza, ale nie skorzystaliśmy.

Więcej obrazków można obejrzeć na http://picasaweb.google.pl/g.szymanska/PalauKetam

Thursday, May 8, 2008

Hạ Long

W długi weekend wybraliśmy się wraz z nasza koleżanką Asią na 3-dniową wycieczkę do zatoki Hạ Long. Wycieczka z Kangaroo Cafe na ulicy Bảo Khánh wydawała nam się zbyt droga, więc zdecydowaliśmy się pojechać na prawie 2-krotnie tańszą wycieczkę z Sinh Cafe z ulicy Lương Ngọc Quyến 52 - www.sinhcafevn.com - $54 od osoby. To był błąd. Wielu rzeczy obawialiśmy się odnośnie tej wycieczki, ale nie tego, że okaże się niebezpieczna dla zdrowia...

Sinh Cafe to oryginalnie biuro podróży w Sajgonie, która oferowało - i chyba nadal oferuje - wysokiej jakości wycieczki. Skutkiem tego powstało mnóstwo biur podszywających się pod to prawdziwe. W Hanoi widzieliśmy ich kilkadziesiąt. Jest też kilka stron internetowych podających adresy różnych biur. Mimo, iż zasięgaliśmy przed wyborem biura rady na forach typu "Lonely Planet", nie jesteśmy pewni, czy wybraliśmy "prawdziwe" Sinh Cafe. Przewodnik i autokary podczas wycieczki miały logo Khanh Sinh - więc pewnie nie. Ale też możliwe, że są jakos stowarzyszeni. Niemniej jednak, nie ma to dużego znaczenia, bo filia nie musi reprezentować takiego poziomu usług jak główny oddział - i pewnie tutaj było podobnie.

Dzień 1

Wyjechaliśmy w czwartek o 8 - bus wycieczkowy odebrał nas prawie spod domu. Następnie zgarnęliśmy z miasta innych uczestników podróży, w sumie 14 osób. Główny przewodnik o imieniu Nhất tłumaczył nam dobrym angielskim, skąd się wzięła nazwa zatoki i jakieś legendy co do jej powstania. Podróż nad zatokę przebiegła bez przeszkód. Zatrzymaliśmy się tylko w jakimś miejscu, gdzie sprzedawano dużą ilość rzeźb.


Można było też kupić różne książki
Kto by to czyścił?
Czy ta biedna małpka miała być atrakcją?


Gdy w końcu dojechaliśmy do zatoki, przewodnik wziął od nas paszporty i wsiedliśmy na statek, który po pewnym czasie wyruszył. Zatrzymaliśmy się przy targu z owocami morza, gdzie pasażerowie mogli sobie zakupić dodatkowe owoce morza, które chcą zjeść.

video
Kupowanie owoców morza


Nasza łajba

Obiad został podany z trzygodzinnym poślizgiem i pewnie dlatego odpadło pływanie z łodzi. Podczas posiłku kazano nam się przesiąść do innego stolika, aby był przy nim komplet. Podano nam owoce morza, picie zgodnie z ustaleniami trzeba było samemu zamawiać, ale nie były to duże kwoty (choć oczywiście wyższe, niż ceny sklepowe): 15.000d (2 zł) za puszkę napoju gazowanego albo 7.000d (1 zł) za półlitrową butelkę wody. Jedzenia było w bród i było dość dobre. Podano nam ryż, jakieś warzywa, małe krewetki i kalmary. Z parą Wietnamczyków przy których nas posadzono rozmawiało się sympatycznie, ale było wyczuwalne to charakterystyczne napięcie, które pojawia się przy rozmowach z przedstawicielami tej nacji. Gdy potem mieliśmy okazję rozmawiać z dwiema spośród pięciu Koreanek, które też podróżowały z nami - wrażenie było zupełnie inne. Podobnie jak z Japonkami - kontakt jest prosty i wyczuwalne jest wzajemne zrozumienie. Niemniej jednak nasi sąsiedzi byli sympatyczni i częstowali nas jedzeniem, które zakupili: krabami oraz owocami podobnymi w smaku do agrestu.


Było dużo jedzenia

Mogliśmy się dowiedzieć, że "bardzo rodzaj napojów jest dostępny na bucie"


Łódka ze śmieciami

Po obiedzie pokazano nam nasze pokoje, gdzie mieliśmy spać. Proste łóżka, jakaś szafka, toaleta i prysznic z ciepłą czasami wodą.

Potem dopłynęliśmy do kompleksu grot. 3 pieczary, las stalaktytów i stalagmitów, tworzących się w oczach, gdy z góry spadały krople z wapnem. Do tego kolorowe lampy dodające efektu oraz masa turystów. Ładnie tam było. Zresztą zatoka Ha Long jest generalnie ładna krajobrazowo - ostatnio przoduje w plebiscycie, gdzie wybierane jest nowe siedem cudów świata . Przewodnik zachował się właściwie - czekał na naszą trójkę i tłumaczył nam, co gdzie jest i jak się kojarzy.
Na górze wejście do jaskini

Tam widzieliśmy więcej koszy na śmieci niż w całym Hanoi



Jak to określił przewodnik "It's a boy"

A tu gdzieś jest odpowiednik u "girl"


To wszystko przywiozło turystów do jaskini

Można kupić towary z łodzi
Ładne skałki

Wieczorem, po kolacji, które była bardziej zjadliwa, bo podano np. frytki, spróbowaliśmy zrobić małą imprezę na górnym pokładzie. Pożyczyliśmy szklanki, Grażyna zrobiła drinki z butelki rumu, sprite'a oraz pomarańczy. Zaczęło padać, więc zmyliśmy się do sypialni i kontynuowaliśmy. Wydawało mi się, że się dość mocno upiliśmy, ale oglądając nagrania poniżej nie jestem taki pewien.
video
video

Dzień 2

Rano trzeba było wstać na śniadanie, które planowo zacząć miało się o 7:30. Ten posiłek również rozpoczął się z opóźnieniem - tym razem tylko 15 minutowym. Podano europejskie jedzenie - zimny chleb tostowy oraz masło i jajecznicę. Jedzenia było za mało.

Dopłynęliśmy do wyspy Cát Bà, gdzie przesiedliśmy się do busa. W planach była wspinaczka po górach. Dostaliśmy innego przewodnika, który miał nas poprowadzić. Niestety, zgubił on połowę wycieczki czyli nas i pięcioosobową grupę Koreanek. Być może, gdybyśmy inaczej skręcili przy rozwidleniu to byśmy dogonili przewodnika, ale nie było informacji, gdzie mamy iść. Wróciliśmy na miejsce, gdzie opuściliśmy naszego głównego przewodnika. Zamówiliśmy jakieś lody i kokosa (nie był smaczny). Jak odchodziliśmy, to sprzedawczyni zaczęła twierdzić, że Asia nie zapłaciła, co nie było prawdą, ale przewodnik z nią pogadał i dała spokój.
video
Odgłosy natury

Hotel

Wyruszyliśmy do busa, choć nie nadeszła jeszcze umówiona poza zbiórki. Być może dlatego nie wzięliśmy dwójki wietnamskich turystów - tych, którzy jedli z nami posiłki na łodzi. Przewodnik gdzieś dzwonił w tej sprawie, w każdym razie gdy dojechaliśmy do naszego hotelu Sun & Sea zjeść obiad - to się pojawili. Jedzenie było gorsze niż na łodzi, ale dawało się zjeść. Sam dwugwiazdkowy hotel sprawiał wrażenie urządzonego z pewnym nakładem środków, ale potem zaniedbanego. Pokój był miły - rozległy, wysoki, z dwoma dużymi łóżkami, lodówką z napojami oraz tarasem z widokiem na morze. Łazienka za to była zarośnięta, nie byliśmy pewni, czy w zagłębieniach wanny znajduje się brud, czy grzyb łazienkowy, więc na wszelki wypadek korzystaliśmy tylko z prysznica. Nasz pokój mieścił się na szóstym piętrze a windy nie było. Wydawało nam się to dość uciążliwe - ale dopiero potem Grażyna odczuła, jak bardzo...



20% zegarów pokazywało poprawny czas.


Tu łazienka wygląda ładnie


Tu trochę gorzej

Widok z okna


Około godziny po obiedzie pojechaliśmy na kajaki. Wyprawa składało się znowu z jazdy busem, potem statkiem do portu między skałami na którym dano nam stare, śmierdzące kapoki i wsadzono w kajaki. Grażyna i ja byliśmy w pierwszy, Asia z jedną z Koreanek w następnym. Wskazano nam mniej więcej kierunek, gdzie jest plaża, dokąd dopłyniemy i będziemy się kąpać. Grażyna i ja płynęliśmy na przedzie. Znaleźliśmy plażę, ale zauważyliśmy, że zgubiliśmy resztę grupy.

Zaraz zacznie się kajakowanie
Jeszcze zadowolony

Znaleźliśmy ich, wraz z przewodnikiem (starszy mężczyzna, inny niż dotychczasowy) popłynęli inaczej, w kierunku zamkniętej wewnątrz skał części zatoki, gdzie mogliśmy usłyszeć jak świetnie owo ukształtowanie skał wpływa na akustykę.

Wpłynięcie do zatoczki

Następnie miał miejsce przełomowy moment całej wycieczki. Zgodnie ze wskazówkami przewodnika opłynęliśmy na plażę, którą już wcześniej wypatrzyliśmy. Weszliśmy do wody. Dno było niemiłe, kłujące. Koreanki trochę pobrodziły, ale wyszły z wody (jak nam potem wyjaśniały - dlatego, że była brudna) i poszły pod skały, gdzie siedziała też reszta grupy wraz z przewodnikiem. Ja, Grażyna i Asia weszliśmy do wody. W pewnym momencie prawie się walnąłem w podwodną skałę więc zacząłem pływać, aby nie chodzić nogami po dnie. Grażyna podążyła moim przykładem, ale po chwili stwierdziła, że wychodzi, bo podwodne skały są tuż pod powierzchnią. Zrobiła jednak jeszcze dwa ruchy żabką i walnęła nogą w koral, rozcinając sobie stopę w okolicach kostki. Wyskoczyliśmy na brzeg. Z rany: szerokiej na dwa centymetry i głębokiej na pół centymetra leciała krew. Próbowaliśmy to jakoś zatamować, ale się nie dało. Poszedłem do przewodnika, powiedziałem o co chodzi i spytałem go, czy nie ma jakichś plastrów. Nie dysponował nimi. Próbowaliśmy jakoś powstrzymać upływ krwi robiąc opaskę uciskową z okularków i przykładając chusteczki, ale działało to tylko połowicznie. Po kilku minutach przyszedł przewodnik i powiedział mi, żebym płynął z żoną do statku, którym przypłynęliśmy, bo tam mają opatrunki. Oni też się zbierali. Wypłynęliśmy w drogę powrotną. Dotarliśmy do statku, ale okazało się, że nie mieli tam plastrów. Całe szczęście, że pewien anglojęzyczny biały turysta nimi dysponował. Zmieniliśmy prowizoryczny opatrunek, jakaś biała kobieta dała butelkę wody, aby przemyć ranę. Popłynęliśmy do przystani, a stamtąd popłynęliśmy do naszego dwugwiazdkowego hotelu. Tam niestety również nie dysponowali czymś takim jak plaster, ale wskazali drogę do apteki oddalonej o kilometr. Poszliśmy do naszego pokoju na szóstym piętrze. Po chwili przyszły do nas dwie Koreanki - matka i córka, które przyniosły opatrunek wyglądający trochę jak sztuczna skóra. Wyglądało to tak, jakby rana mogła przez to "oddychać" Starsza Koreanka zdezynfekowała ranę i przykleiła nowy opatrunek zostawiają nam jeszcze jeden fragment do zmiany za 3 dni. Niestety musieliśmy użyć go już wieczorem, bo z rany ciągle się coś sączyło. Ja poszedłem szybko do apteki kupić środek do dezynfekcji i nowe opatrunki. Próbowałem się dogadać z recepcją, czy możliwe jest pojechanie do szpitala. W końcu wydaje mi się, że była taka możliwość, ale nie jestem tego pewien. W każdym razie nie zdecydowaliśmy się na pojechanie tam i założenie szwów. Nie mieliśmy zaufania co do higieny środków używanych do takiej operacji.

Na 19:30 zeszliśmy na obiad. Nasz główny przewodnik zapytał nas, jak było, powiedzieliśmy mu co się stało. Niezrażony mówił nam, że mamy teraz wolny czas i możemy zwiedzić miasto. Nie zadałem mu kilku pytań, które się nasuwały, takich jak:

- jak często dochodzi do takich wypadków, jeśli Grażynie się to zdarzyło po minucie od wejścia do wody?
- dlaczego tamten przewodnik nie miał przy sobie jakiegoś plastra i czemu nie było niczego takiego na łódce?
- dlaczego w ogóle prowadzi się turystów aby sobie popływali na miejscu, które jest niebezpieczne? Dlaczego się ich nie ostrzega? Większość wycieczek oferuje skakanie ze statku, w miejsca gdzie jest dość głęboko, aby nie zahaczyć o koral, który jest po prostu ostry.

Nie byłoby sensu o to pytać, on by tego nie zrozumiał. To jest nasze, europejskie myślenie, że przewodnik jest odpowiedzialny za twoje bezpieczeństwo. To nie ten rodzaj relacji. Odpowiedzialność ma miejsce w z góry określonych relacjach jak rodzic - dziecko, czy jak sądzę, nauczyciel - uczeń. Jeśli np. młoda, samotna kobieta pomieszkuje u rodziny, to ona wchodzi w rolę dziecka - więc ma się słuchać gospodarzy a oni stają się za nią odpowiedzialni. Ale tak jak normą jest, że po wypadku sprawca ucieka, jak tylko zobaczy, że ofiara się rusza, tak też przewodnik nie musi dbać o to, aby nie zgubić turystów, których prowadzi, czy też o to, żeby byli bezpieczni. Gdy się potem zastanawialiśmy nad tym, to zachowanie obu przewodników nie było dziwne. Niestety nie zoperacjonalizowaliśmy sobie tej wiedzy o kulturze Wietnamu zawczasu. Powinniśmy byli założyć, że przewodnik jest jak dziecko, które chce ci coś pokazać; nikt nie oczekuje, że dziecko przewidzi zagrożenia. Na wycieczce w Wietnamie należy mieć oczy szeroko otwarte i próbować samemu przewidzieć potencjalne zagrożenia. Na przyszłość będziemy to wiedzieli, choć nie będzie przyszłości, bo więcej na żadną wycieczkę w Wietnamie nie mamy zamiaru jechać.

Dzień 3

Rano zjedliśmy europejskie śniadanie - francuska bułka i do wyboru: jajecznica i omlet (nie widać było różnicy, oba pływały w tłuszczu) oraz dwa z trzech dodatków: sera topionego, dżemu i masła. Podczas drogi powrotnej wsadzono nas do innego busu i tak już było cały czas. Nie wiem, ze czego to wynikło, skąd brak miejsca w poprzednim. Ten też był bardzo zapchany, co wynikało po części z tego, że brakowało miejsca na bagaże. Grażynę posadzono na środku, z przodu. W pewnej chwili, na zakręcie ciężka walizka spadła z górnej półki i walnęła ją w głowę. Wkurzyłem się, rzecz jasna, ale znów nie zrobiłem im awantury. Wyjąłem zimną butelkę z wodą i dałem Grażynie do przyłożenia. Jakiś turysta też dał zimną puszkę. Przewodnicy - którzy upchnęli walizki tak, a nie inaczej - przełożyli bagaż w bezpieczne miejsce, ale nie przeprosili. Jeden tylko się zapytał: "Is it OK" ("Czy jest dobrze?") oraz stwierdził "It is your destiny, if I was sitting here then I would be hit" ("To twoje przeznaczenie, jeśli ja bym tu siedział to by mnie uderzyło"). Bus nie wykonywał żadnego nietypowego manewru, a bagaże wystarczyło przywiązać jakąś liną albo umieścić w innym miejscu. Takie przypadki zdarzają się im na pewno co jakiś czas, mogliby się bardziej postarać. Ale z drugiej strony, skoro nie ponoszą odpowiedzialności to dlaczego mieliby kombinować? Nie chodzi tu tylko o odpowiedzialność prawną - ale o rodzaj odpowiedzialności moralnej, słowem, o to, co kieruje NAMI, kiedy kładąc bagaż na półce w autobusie czy samolocie sprawdzamy, czy na pewno nie jest on w stanie spaść czyniąc komuś krzywdę.

Po dojechaniu na wybrzeże wsadzono nas znowu na statek. Mieliśmy długą i pełną wzajemnego zrozumienia rozmowę z Koreankami, które Grażynie pomogły poprzedniego dnia. One też miały przykre doświadczenia z Wietnamem. Opowiadały na przykład, jak wracając z Chin do Lao Cai zostały opadnięte przez grupę kierowców motorków, którzy natarczywie, czepiając się ubrań domagali się od dwóch samotnych kobiet, aby skorzystały z przewozu. Gdy dotarły do policjantów i poprosili ich o pomoc, to ci stwierdzili, że to nie ich sprawa, i zawołali z powrotem owych napasliwych xeomowców. W końcu to norma, że skoro przyjechał turysta, to xeomowiec ma prawo tą okazję wykorzystać, jak mu się to żywo podoba...

Podczas podróży statkiem w pewnym momencie zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce na wodzie. Dano nam możliwość popłynięcia do jakiejś groty, ale nikt chyba z tego nie skorzystał. Dopłynęliśmy do brzegu, potem czekał na nas obiad w mieście Ha Long, gdzie w wielkiej sali z kilkuset turystami długo czekaliśmy na posiłek, który w opinii większości był niesmaczny (ja się najadłem, ale Koreanki wstały głodne od stołu). Potem pojechaliśmy busikiem do Hanoi. Zatrzymaliśmy się na pół godziny w jakimś punkcie, gdzie sprzedawano różne ozdobne przedmioty w rodzaju torebek czy szalików po cenach 7-krotnie wyższych niż w centrum Hanoi. Musi się im to jednak opłacać. W końcu dojechaliśmy do Hanoi, wysadzono nas tuż koło naszego domu. Podróż została zakończona.

Za Merriam-Webster: dink - disparaging name for a Vietnamese



Po czymś takim trzeba było przejść wychodząc


W momencie robienia tego zdjęcia nie wiało
Epilog

Nie był to jednak koniec reperkusji zdrowotnych w związku ze zranieniem w morzu i spadkiem bagażu. Nie chcę tu zanudzać was szczegółowymi opisami, w każdym razie w Szpitalu Francuskim w Hanoi stwierdzili, że uderzenie w głowie nie spowodowało krwiaka ani niczego takiego, a mdłości są normalną konsekwencją takiego zdarzenia. Natomiast w nodze zostały fragment skały, i dlatego nie chciało się to goić. We wtorek usunęli Grażynie w narkozie dwa kawałki skały. Teraz trwa rekonwalescencja i ograniczanie ruchu.

Dodatkowe medyczne koszty wycieczki zamkną się jak sądzę w kwocie $900, na szczęście polisa od nieszczęśliwych wypadków w Interpolska powinno je pokryć, jeśli nie - nie omieszkam się o tym wspomnieć :). Na razie jesteśmy z tej firmy zadowoleni.

A na zakończenie, opis wycieczki do Hạ Long pary podróżników. Jak stwierdzają autorzy: "
Pół dnia poświęciliśmy na wybranie - naszym zdaniem - najkorzystniejszej oferty po czym podpisaliśmy... pakt z diabłem". Nie można tam dodawać komentarzy więc zaznaczę, że organizowanie sobie wszystkiego na własną rękę wcale nie wydaje nam się lepsze: za dużo było tych rozmaitych środków transportu. A jak ktoś chce mieć komfortową ale i droższą podróż - może spróbować z prowadzoną przez Australijczyka
Kangaroo Cafe. Kuzyn (pokrewieństwo obrzędowe - przez matkę chrzestną) Grażyny z nimi pojechał i był bardzo zadowolony.


Wednesday, April 23, 2008

Bangkok 1

Od piątku do wtorku przebywaliśmy w stolicy Tajlandii - 6,6 milionowym Bangkoku. - najbardziej turystycznym mieście spośród tych, które odwiedziliśmy w Azji.

Przylot
Przylot do Bangkoku linią AirAsia odbył się bez problemów. Samolot sprawiał wrażenie dosyć starego, a za jedzenie nie można było płacić ani w dolarach ani w dongach, ale poza tym wszystko było w porządku. Po przylocie uderzyła nas fala gorąca - pewnie było jakieś 35 stopni. Lotnisko Suvarnabhumi imponuje swoim rozmiarem - w końcu to największy port przesiadkowy w południowo-wschodniej Azji. Wypłaciliśmy pieniądze z bankomatu na lotnisku (o dziwo bez prowizji), a następnie pojechaliśmy taksówką do naszego guesthouse'u.

Guesthouse
Mieszkaliśmy w K.C. guesthouse. Właścicielka była bardzo miła, w recepcji były trzy komputery z dostępem do internetu i kamerką internetową. Kwadrans używania kosztował 10 THB (70 gr). Z pokojem mieliśmy niestety przygody, co miało związek z niewygórowaną ceną noclegu: 500 THB (35zł) za noc.

Nasz pierwszy pokój był całkiem ładny, lepszy w każdym razie niż się spodziewaliśmy. Niestety wieczorem pierwszego dnia zorientowaliśmy się, że z powodu położenia koło ulicy Pra Sumen w nocy również jest głośno. Zwłaszcza wyjące tuk-tuki dały się nam we znaki. Po nieprzespanej nocy, rano spakowaliśmy się i zadeklarowaliśmy na recepcji chęć wymeldowania się. Jednakże na wieść o tym córka właścicielki pokazała nam pokój w drugim domu, położonym dalej od głównej drogi. Był gorzej urządzony, ale klimatyzacja działała, więc wydawało się, że będzie ok. Dopiero wieczorem zorientowaliśmy się, że łóżko strasznie skrzypi. Nauczeni doświadczeniami z hotelu w Malezji próbowaliśmy coś podłożyć między materac a łóżko, ale nic to nie dało. Nie było rady - materace położyliśmy bezpośrednio na ziemi, zestawiając ze sobą łóżka - jedno na drugie.

Poszliśmy spać, ale znów się męczyliśmy - tym razem z powodu klimatyzacji, która z powodu zmiany położenia wiała zimnym powietrzem na nas. Nie dało się też w niej ustawić, aby utrzymywała w miarę umiarkowaną temperaturę. Nawet przy ustawieniu na 31 stopni chłodziła na maksa, choć temperatura w pokoju była znacznie niższa. Było to o tyle niesympatyczne, iż nie przewidziano żadnych okryć, oprócz dwóch mikroskopijnych kocyków, którymi można było co najwyżej przykryć sobie nogi. Następnego dnia przestawiliśmy łóżka i materace mając nadzieję, że będzie lepiej, ale nic z tego. Jakoś sobie próbowaliśmy radzić wykorzystując do okrycia ręczniki i ubrania. Dopiero ostatniej, czwartej nocy udało się nam wyspać, bo poprosiliśmy gospodynię o jakieś koce, przez co było się w co zawinąć, gdy zrobiło się zimno. (Komentarz Janka: chyba już na wsi w Nghe An surową zimą lepiej się spało).

Polityka naszego guesthouse'u wobec płatnej miłości była jasno przedstawiona
Okolice naszego guesthouse'u

Transport
Transport uliczny w Bangkoku jest zdominowany przez samochody. Wśród nich są taksówki, z których nie korzystaliśmy, poza jazdą z i na lotnisko. Jadąc z lotniska kierowca rzucił cenę 450 THB (31 zł), ale stargowaliśmy do 400 THB (28zł), co i tak było ceną maksymalną, którą powinniśmy byli zapłacić. W dniu powrotnym nasz guesthouse zarezerwował dla nas minibus za 150 THB ( 10zł) od osoby. Minibus okazał się taksówką, która zabrała jeszcze jedną turystkę i pojechała na lotnisko.

Sportowy wóz



Na plakacie Jego Wysokość król Bhumibol Adulyadej

Miasto nocą
Policji i żołnierzy było dość dużo
Normalnie poruszaliśmy się po mieście rikszami motorowymi, czyli tuk-tukami. Są to pojazdy trzykołowe, w których kierowca siedzi z przodu, a dwoje pasażerów z tyłu na podwyższeniu. Pasażerowie i kierowca są w miarę izolowani od deszczu. Z reguły kierowcy żądali ceny rzędu 150-250 THB, a nam się udawało to zbić o połowę. Raz zapłaciliśmy 150 THB (10zł), ale jazda trwała 45 minut, choć kierowca prowadził bardzo dynamicznie: wycie silnika, zmienianie biegu na wyższy dopiero przy wysokich obrotach i wciskanie się, gdzie się da. Większość kierowców Tuk-tuków zresztą tak jeździła. Z tego co słyszałem, podczas jazdy tuk-tuk ma 4 biegi + luz + wsteczny. Ogromną zaletą tuk-tuków w porównaniu z wietnamskimi xe-ômami była możliwość jazdy w dwie osoby. Poza tym, można się było z nimi dogadać po angielsku, a targowanie odbywało się bardziej na luzie niż w Hanoi. Kierowcy regularnie proponowali nam zawiezienie nas gdzieś przy okazji, ale automatycznie odmawialiśmy. Czytaliśmy w przewodniku historie o kierowcach, którzy zawożą pasażerów do sklepów jubilerskich, gdzie sprzedawca nie wypuści klienta, dopóki ten czegoś nie kupi.

Tuk-tuk

Alternatywą dla Tuk-tuków był transport autobusowy, ale zrezygnowaliśmy z niego. Mieliśmy mapę z numerami linii, ale trudno się było z niej zorientować, w jakim kierunku autobus jedzie. Przystanki były słabo widoczne, w środku autobusów nie było podanych nazw kolejnych przystanków. Dodatkowo nazwy ulic były rzadko kiedy napisane na domach - a dodatkowo, jeśli były, to często jedynie w języku tajskim. Co gorsza - na mapie z rozkładem jazdy autobusów występowały małe i duże numery linii autobusowych, które denotowały odpowiednio linie autobusowe obsługiwane przez wozy bez oraz z klimatyzacją. Numery się powtarzały, o czym mieliśmy się okazję przekonać wsiadając do autobusu "mała jedynka" zamiast "duża jedynka". Zanim się zorientowaliśmy - autobus zdążył nas wywieźć zupełnie gdzieś indziej.
Autokar wycieczkowy z ciekawymi malunkami
W Europie bym pomyślał, że to hippisi
Najbardziej bezproblemowy był transport kolejką powietrzną, metrem i pociągiem, ale z ceną biletu rzędu 35 THB (2,4 zł) na dłuższe dystanse nie był zbyt konkurencyjny wobec tuk-tuków. Poza tym, nie obejmował starego Bangkoku, a więc okolic najbardziej turystycznych, gdzie mieszkaliśmy. W kolejce powietrznej i metrze kupowało się bilet w automacie, ale że przyjmował tylko monety 5 i 10 THB, więc obok musiał działać punkt rozmieniający banknoty.

Bilet trzeba było wrzucić do bramki na stacji docelowej, przez co nie było potrzeby kontroli w pociągu. W metrze biletem był żeton pokazany na zdjęciu poniżej.

Wagon metra

Kolejka napowietrzna

W Polsce plakietka "ustąp duchownemu" by nie przeszła

W poniedziałek pojechaliśmy pociągiem do starej stolicy Tajlandii o nazwie Ayutthaya. Przy odległości 70 km, pociąg wlókł się 2 godziny. Ciężko było w nim wytrzymać, bo nie miał klimatyzacji, a jedynie obrotowe wiatraki. Jedno siedzenie się pod nami zarwało, wyglądało to na usterkę do naprawienia, przyczyną było chyba przesunięcie się tegoż siedzenia, ale przesiedliśmy się w inne miejsce. Po pociągu chodzili sprzedawcy oferujące owoce (bardzo dobre ananasy) oraz gotowane jajka z jakimś sosem w woreczku.
video
Wideo z jazdy pociągiem


Widok mnicha był czymś powszechnym

Czemu nie, ciepło, tylko trochę głośno

Przedział pociągu


Motorki też są widoczne na ulicach. Miałem możliwość raz nimi pojeździć, gdy pojechaliśmy do Ayutthaya. Po przepłynięciu promem wynajęliśmy motor za 200 THB (14 zł), zatankowaliśmy go (benzyna droższa niż w Wietnamie - po 35 THB (2,4 zł) za litr) i zaczęliśmy zwiedzać ruiny świątyń. Najbardziej musiałem uważać na ruch lewostronny, który obowiązuje w całej Tajlandii - przekraczając ruchliwą szosę miałem odruch patrzenia w lewo a nie prawo. Było to jednak do opanowania. Starałem się bardziej niż w Wietnamie kierować się przepisami, bo kierowcy mogą nie być przyzwyczajeni, że każdy jeździ jak mu wygodnie, poza tym nie wiedziałem jak by się policja tajska odniosła do kierowcy bez prawa jazdy. Wypożyczyłem Hondę Wave 100cc - model słabszy od Hondy Wave 110cc, którą jeżdżę w Hanoi, bo o mniejszej o 10 centymetrów sześciennych pojemności silnika i zapalany kopnięciem. Niemniej jednak był to nowy motocykl, a przynajmniej sprawiający takie wrażenie, przez co bardzo miło się nim jeździło. Biegi wchodziły bez problemu, silnik chodził cicho i był mocny, byłem w stanie ruszyć na trójce. Ludzie zostawiali kaski nieprzypięte, więc wnioskuję, że poziom kradzieży może być mniejszy niż w Wietnamie.

Honda Wave 100cc
video
Jazda po miejscowości Ayuthaya


Pojazd motorkopodobny

Klimat
W przewodniku znaleźliśmy informację, że kwiecień jest najgorszym miesiącem do zwiedzania Bangkoku, i że najlepiej byłoby zaopatrzyć się w przenośną klimatyzację. Coś w tym jest - temperatury są wysokie (rzędu 35 stopni), do tego jest wilgotno, ale mało jest ochładzającego deszczu. Chodziło się dość ciężko i cieszyliśmy się wchodząc do klimatyzowanych pomieszczeń. Fala zimna była w takim klimacie przyjemną rzeczą, zresztą po chwili człowiek się do niej przyzwyczajał. Nie używaliśmy kremów do opalania, poza ostatnim dniem, po tym jak się trochę sparzyliśmy w Ayutthaya.

Jedzenie
Jedliśmy na przemian jedzenie tajskie, indyjskie, czasem zaś indyjsko-arabskie, płacąc za posiłek dla dwóch osób średnio od 200 (14 zł) do 400 THB (28zł). Szczególnie zapadły nam w pamięć bardzo dobra restauracja Indian Food na turystycznej ulicy Khao San oraz muzułmańska restauracji o wdzięcznej nazwie Al-Husein. Co można więcej powiedzieć o jedzeniu? Tajskie przypomina trochę to z Wietnamu (Grażyna zgłasza votum separatum, nijak nie przypomina, przede wszystkim mięso jest pozbawione różnych nieładnych części, no i nie stosuje się powszechnie sosu rybnego, i w ogóle inna gama przypraw jest w użyciu!), ale jest znacznie bardziej doprawione. Ryż nie jest suchy, tylko polany jakimś sosem, przez co smakuje znacznie lepiej. Jedzenie indyjskie, które zamawiamy to jest zawsze jakieś mięso w sosie np. chicken tikka masala czy beef korma, do tego chleb nan albo paratha (ten drugi przypomina naleśnika). Również odpowiada naszym gustom smakowym.
Ronald McDonald w tajskim geście uprzejmości

Butter chicken, chicken korma i paratha
Wystrój w Indian Food, po prawej Elvis, ktoś rozpoznaje innych?




Jedzenie w Al-Husein: falafel i humus, mniam
Któregoś razu spróbowaliśmy na ulicy czegoś w rodzaju placków z mięsem po 20 THB (1,4zł) za sztukę. Bardzo dobre.



Obyczaje
W sobotę wracając z Wat Pho zatrzymaliśmy jakiegoś tuk-tuka. Zaczęliśmy z nim negocjować cenę za podwiezienie nas do domu. W pewnym momencie wmieszał się jakiś dziwny facet, który też jakby proponował jakąś cenę. Myśleliśmy, że może kierowca innego tuk-tuka, ale głowę mieliśmy zaprzątniętą czymś innym, musieliśmy wyjmować mapę z torebki, aby pokazać kierowcy gdzie jechać, poza tym byliśmy zmęczeni po całym dniu zwiedzania w upale. Uzgodniliśmy cenę, tamten facet się zmył, dojechaliśmy na miejsce i wysiedliśmy z tuk-tuka. Dokonaliśmy standardowego sprawdzenie, gdzie jest aparat fotograficzny i okazało się, że go nie ma. Jak można się było domyślać, byliśmy wkurzeni. Najprawdopodobniej aparat zabrał tamten facet, raczej nie zostawiliśmy go w tuk-tuku. Nie dało się w każdym razie nic zrobić. Żal było przede wszystkim zdjęć z pierwszych dwóch dni, bo aparat i tak chcieliśmy kupić nowy. Konica Minolta DiMAGE Z6 może jest i dobrym aparatem, ale nie dla takich amatorów jak my. Za duża i zbyt skomplikowana w użyciu. Kupiliśmy następnego dnia "małpkę" Sony DSC-S730, z której na razie jesteśmy bardzo zadowoleni. Jest mały, zdjęcia robi szybko, lepiej niż poprzedni ustawia parametry zdjęcia. Ale wielu zdjęć nie będzie.

Nie będzie też zdjęć ulicznych prostytutek, choć widzieliśmy je głównie po straceniu aparatu. Wieczorem było ich trochę widać na ulicach, zwłaszcza w dzielnicy Nana. Poszliśmy tam, bo w przewodniku Lonely Planet była informacja o jakimś klubie z parkietem do tańczenia. Klub okazał się być wirtualny. Próbowaliśmy znaleźć jakieś inne przyzwoite miejsce, ale skład klientów był wszędzie taki sam. Podstarzali biali mężczyźni i młode azjatyckie prostytutki. Nie mieliśmy ochoty na takie towarzystwo, więc się zmyliśmy na turystyczną ulicę Khao San 15 min od naszego guesthouse'u. Po drodze widzieliśmy jakiegoś białasa, który próbując wejść w wąską uliczkę został zaczepiony przez dwie pracujące tam panie. "I want your cock" powiedziała jedna z nich do niego głosem, który miał być chyba zalotny. Nie zostaliśmy sprawdzić jak propozycja została przyjęta.

Ponieważ czytaliśmy w przewodniku (Lonely Planet jest użytecznym źródłem informacji również dla seks-turystów nie psując im wypoczynku informacjami mogącymi wywołać w nich wyrzuty sumienia), że tylko 5% prostytutek pracuje dla klientów zagranicznych, więc postanowiliśmy sięgnąć do raportu o seksualności w Tajlandii. Wyczytaliśmy tam kilka ciekawych rzeczy.

Według Tajów to mężczyzna ma silny popęd seksualny, tak silny, że nie zawsze go może kontrolować. Przyzwoita kobieta nie ma w zasadzie potrzeb seksualnych - ani przed ślubem, ani po ślubie. Tak miłość narzeczeńska, jak i późniejsza małżeńska powinna być uczuciem czystym, nieseksualnym. Dlatego jest rzeczą absolutnie zrozumiałą, że mężczyzna korzysta z usług prostytutek. Kobieta wychodząc za mąż winna rzecz jasna być dziewicą, od mężczyzny wymagany jest zaś bogaty zasób doświadczeń. Co więcej, w czasach przed nastaniem epidemii HIV, kobiety same nakłaniały mężów do chodzenia do prostytutek - lepsze to niż potencjalnie angażujący emocjonalnie romans... Za to gdy kobieta zostanie wdową, może prowadzić dość swobodne życie seksualne, niezwiązana ani zaleceniem wierności wobec męża, ani groźbą utraty dziewictwa. W jednym z badań, na które powołują się autorzy raportu, 5% młodych mężczyzn przyznało się do zmuszania siłą lub groźbą do stosunku. Pobrzmiewający i u nas tu i ówdzie pogląd, iż jeśli kobieta zostanie zgwałcona, to sama jest winna, że okryła się hańbą, bo najwyraźniej ubierała się nieprzyzwoicie bądź przebywała w niebezpiecznych miejscach, ma tu znacznie silniejszy wydźwięk. Ponoć gazetom zdarza publikować się reportaże opisujące gwałty w tonie przypominającym opowiadania erotyczne. Osobnym pytaniem jest, na ile ten "tradycyjny" model się zmienia wraz z westernizacją Tajlandii. Widzieliśmy trochę azjatyckich dziewczyn w krótkich spodenkach i nie były to prostytutki.

Olimpiada
W sobotę, wykończeni upałem, gdzieś pomiędzy zwiedzaniem Royal Palace a świątyni Wat Pho, natrafiliśmy niespodziewanie na grupki ludzi trzymających chińskie flagi oraz ubranych w koszulki z logo olimpiady. Niektórzy dzierżyli w ręku zarówno flagi chińskie, jak i tajskie. Swoje wyraźne loga wzdłuż jednej z głównych ulic Bangkoku umieścili też sponsorzy olimpiady: Coca Cola, Samsung i Lenovo. Na środku drogi odgrywany był taniec smoka. Janek podejrzewał, że może właśnie w tym momencie odbywa się przemarsz sztafety ze zniczem olimpijskim przez Bangkok; mi wydało się to kompletnie nieprawdopodobne, ludzi nie było aż tak wiele, jakoś wyglądało to wszystko niezbyt imponująco. Może jakiś wiec poparcia dla Chin? Może tajscy Chińczycy, stanowiący aż 11 procent ogółu populacji Tajlandii, postanowili okazać wsparcie dla wiadomej sprawy? W każdym razie, żadnych protybetańskich protestów nie widzieliśmy, aczkolwiek rzucała się w oczy obecność uzbrojonych tajskich żołnierzy.
Gdy sprawdziliśmy wieczorem w internecie, okazało się, że Janek miał rację - właśnie tego dnia odbywał się w Bangkoku bieg sztafety olimpijskiej. Doniesiono też, że gdzieś w okolicy trasy sztafety policja zatrzymała "zachodnią" kobietę, trzymającą zdjęcie Dalaj Lamy. Ot, całość protestów. Za dwa dni (29 kwietnia) sztafeta zawita do Wietnamu; niestety, nie zapewnimy bezpośredniej relacji z przebiegu, jako że na miejsce wydarzenia obrano Sajgon. Ciekawe, czy podobnie jak w Bangkoku wizyta znicza olimpijskiego obejdzie się bez zakłóceń, ustanawiając wyraźny - i znamienny - kontrast wobec przebiegu wypadków w Europie i Stanach Zjednoczonych.