Friday, February 22, 2008

Kuala Lumpur 1

Skuszeni ofertą Air Asia oraz chcąc wykorzystać bliskość geograficzną polecieliśmy na 5 dni (od 15.02 do 19.02) do stolicy Malezji - Kuala Lumpur. To 1,8 - milionowe miasto okazało się bardzo przyjaznym miejscem - gorącym, ciekawym, o infrastrukturze rozwiniętej nie gorzej niż w Warszawie, cenach niewiele większych niż w Hanoi, a różnorodności zbliżonej do Londynu czy Nowego Jorku. Najpierw przedstawię kilka podstawowych faktów o Malezji:

Podstawowe fakty

Walutą Malezji jest ringgit - stosowany jest skrót RM. 1 RM = 0,75 zł. Malezja liczy sobie 27,5 mln mieszkańców. Jest położona na Półwyspie Malajskim i wyspie Borneo. Malajowie stanowią 62% ludności. Większość z nich praktykuje islam, który jest też religią państwową. 24% ludności jest chińskiego pochodzenia - ich przodkowie zostali sprowadzeni przez Brytyjczyków. Podczas swojego panowania sprowadzili oni też Hindusów, którzy stanowią obecnie 8% ludności.

W samym Kuala Lumpur spośród 1,8 mln mieszkańców (7,2 mln w obszarze metropolitalnym) najwięcej jest ludzi pochodzenia chińskiego - 43% ponad Malajami i rodzimą populacją (Bumiputra) - 38% oraz Hindusami - 10%. Cudzoziemców jest około 10%.

Język

Oficjalny język Malezji - Bahasa Melayu - jest bardzo podobny do Bahasa Indonesia - urzędowego języka Indonezji, uznawanego za jeden z najprostszych języków świata. Różnice są między nimi w części słownictwa i wymowie - malezyjska jest podobno trudniejsza i bardziej zróżnicowana, ale i tak jest nieporównywalnie prostsza niż wymowa wietnamska. Nie ma czasów, zamiast nich tylko stosowane czasami słowa znaczące "już", "wczoraj", "jutro" precyzujące czas, gdy nie wynika on z kontekstu. Nie ma deklinacji ani koniugacji. Liczba mnoga tworzona jest przez powtórzenie, np. "burung burung" znaczy "ptaki". Wymowa jest zbliżona do polskiej, co jest dużą ulgą po języku wietnamskim, w którym są np. 3 rodzaje głoski "o" a każda może potencjalnie wystąpić w 6 tonach, co daje 18 różnych fonemów, które trzeba umieć rozróżnić i wyartykułować. Poza tym w malezyjskim wiele słów pochodzi z angielskiego, ale jest zapisywanych fonetycznie, np. sentral, buku (od book), kolej (od college). Dodatkowo na skutek obecności mniejszości hinduskiej mówiącej po angielsku oraz konieczności istnienia języka kontaktowego pomiędzy różnymi grupami etnicznymi, prawie wszystkie napisy występują w wersji nie tylko malajskiej, ale i angielskiej (nierzadko dochodzi wersja chińska, ewentualnie w innych językach). Przy tym, są one poprawne, np. w kawiarniach z bezpłatnym bezprzewodowym internetem widnieje napis "Free Wi-Fi" (bezpłatne Wi-Fi) zamiast najczęściej spotykanego w Hanoi "Wi-Fi free" (wolny od Wi-Fi) Dodatkowo praktycznie z każdym można się po angielsku porozumieć. Pod tym względem sytuacja jest nawet lepsza niż w np. Danii, choć tam ludzie mówili ze znacznie poprawniejszym akcentem. Tu miałem momentami problemy ze zrozumieniem, choć Grażynie szło znacznie lepiej.

Napisy na drzwiach w Suria KLCC

Hotele

Mieszkaliśmy w około 70-pokojowym hotelu China Town Inn na Jalan (ulicy) Petaling (na zdjęciu poniżej)
Grażyna na tle wejścia do naszej ulicy

Recepcjonistka - Malajka - z którą mieliśmy do czynienia była bardzo miła, oprócz niej widywaliśmy na recepcji jeszcze dwoje pracowników - też chyba Malajów. Któregoś razu wydawało mi się, że jest jeszcze jeden recepcjonista, ale jak się okazało była to znajoma pani, która po prostu obcięła się na łyso. Zapytanie o przyczynę wydawało mi się nie na miejscu, zrezygnowałem też ze skomentowania "You look beautiful". Taki komentarz skierowała zaś ona w kierunku Grażyny, gdy ta w sobotę rano zeszła na dół w hidżabie i długiej sukni (zwiedzaliśmy tego dnia meczety, więc ubraliśmy się tak, żeby nas wpuścili - niemniej jednak, o ile widok białej muzułmanki może dziwić, o tyle jeszcze bardziej konfundujące jest jeśli ta osoba raz nosi odpowiedni strój, a raz nie.)

Za pokój typu "deluxe" płaciliśmy $32 za noc. Pokój był niewielki, ale miał łazienkę i co najważniejsze - klimatyzator, który choć stukotał, to zapewniał świeże powietrze, zwłaszcza, gdy zamknęło się okno. Okno miało wychodzić na nocny targ (Grażyna doczytała się tego po złożeniu rezerwacji), więc kiedy zobaczyliśmy, że jest zakryte przez jakiś kontener to nie zmartwiliśmy się, bo choć widoków nie było, to za dnia się napatrzyliśmy - a przynajmniej w nocy było cicho. Niestety przez to w pokoju było ciemno, jedna schowana w suficie lampa oraz lampka nocna z pokrowcem pochłaniającym większość światłą nie zapewniały dobrych warunków do czytania. Najlepsza widoczność była w łazience - świetlówka jest może mało eleganckim źródłem światła, ale w tym momencie nam to nie przeszkadzało, zwłaszcza że w Wietnamie przyzwyczailiśmy się, że ten rodzaj oświetlenia jest odpowiedni nawet dla świątyni. Pamiętając wygląd naszej łazienki w Hanoi nie zdziwił nas też brak kabiny prysznicowej. To że woda rozlewała się na całą łazienkę, przez co robiło się błoto (tym większe, że w pokoju brakowało wycieraczki) nie było dużym problemem, gdyż pokój był codziennie sprzątany. Każdego dnia po powrocie widzieliśmy też nasze kurtki wyjęte zza otworu między ramą łóżka i materacami. Zastanawiałem się, czy nie napisać kartki (osoba sprzątająca hotele pewnie zna angielski) lub nie zgłosić na recepcji, że z powodu skrzypienia łóżka przy ocieraniu materaca o jego ramę odsuwamy te 2 elementy od siebie i wkładamy kurtki celem zapobieżenia ponownego przysunięcia się materaca.
Nasz pokój, Grażyna gotowa na wyprawę do meczetów

Łazienka

Na dole w recepcji można było kupić butelkę wody za 2 RM (1,5 zł) - czyli za tyle, ile na ulicy. Miłe było to, że nie zdzierali przy okazji. Cena 1 RM (75gr) za 10 minut korzystania z internetu na jednym z 2 komputerów koło recepcji nie byłą tak korzystna, ale może służyła też ograniczaniu zajętości tego cennego zasobu. Tak czy inaczej któregoś razu wychodząc na wieczorny posiłek nie mogliśmy skorzystać z internetu, bo para nordyckich z wyglądu białasów okupowała 2 komputery. Wracając do hotelu po przynajmniej 1,5 godziny zastaliśmy ich w takim samym stanie. Uznaliśmy, że korzystali z internetu przez ten cały czas, choć być może robili w tym czasie inne rzeczy (było w tych dwóch mężczyznach coś takiego, że określanie ich jako "pary" wydało nam się uzasadnione)

Zakupy

Obok naszego hotelu na znajdował się słynny Night Market - Nocny Targ. Zajmował on całą szerokość ulicy Jalan Petaling. Codziennie przechodząc koło niego byłem wielokrotnie nagabywany przez pracujących tam Chińczyków. Władali oni językiem angielskim zdecydowanie lepiej niż Wietnamczycy z Hanoi, przez co zaczepki były znacznie bardziej różnorodne. Zamiast monotonnego "Hello", "Taxi, sir", "Moto, sir" słyszałem znacznie bardziej rozbudowane konstrukcje w rodzaju "Friend, you need a watch", "I have something for you, my friend". Owym "friend" często towarzyszyło "przyjacielskie" poklepywanie, chwytanie za ramie, takie tam. Normalna rzecz w kontaktach między mężczyznami, jak można było wywnioskować patrząc na grupki rozmawiających malajskich mężczyzn, z których np. dwoje obejmowało się ramionami. W każdym razie wyrafinowane techniki marketingowe handlarzy z Jalan Petaling niewiele dawało, bo po prostu staraliśmy się jak najszybciej przemykać. Poza jakąś wodą do picia kupiłem tam tylko ostatniego dnia skórzany (mam nadzieję :) ) portfel, z którego przynajmniej na razie jestem zadowolony. Negocjacje najlepiej opisze Grażyna, która stała z boku i mogła wszystko obserwować:

"Wkroczyliśmy na zapełnioną straganami Jalan Petaling. Janek skierował się ku pierwszemu z brzegu stoiska ze skórzanymi i nieskórzanymi drobiazgami. Handlarz spał z głową opartą na rękach, ale w momencie naszego przybycia został natychmiast obudzony przez kolegę z sąsiedniego stoiska. Poderwał się z miejsca, wyjął ze stosiku leżących na stole portfeli pierwszy lepszy i zaczął zachwalać: "My friend, skórzany, prawdziwa skóra, jedna przegródka, druga przegródka, dobry".
Janek na to: ile?
Handlarz: super doskonały, prawdziwa skóra, itp.
Janek ponownie: ile?
Handlarz: mam też takie, tanie, super tanie, ale nie prawdziwa skóra.
Janek: ile???
Handlarz wziął do ręki kalkulator i wystukał liczbę (choć obydwie strony doskonale porozumiewały się po angielsku): 135.
Janek: Ooo nie, nie ma mowy, strasznie drogo (bo i rzeczywiście była to kosmiczna cena - 100 złotych za portfel z bazaru). Janek odwrócił się i zaczął odchodzić od stoiska, handlarz wyrwał się za nim i złapał go za rękę. Ja zaczęłam chichotać.
Handlarz: Poczekaj! Ja mówię135, ale ty mówisz swoją cenę.
Skonfundowany Janek naprawdę już chciał stamtąd uciec, ale się nie dało, handlarz przyciągnął go do stoiska i wcisnął do ręki kalkulator:
Handlarz: Pisz, ile! No już!
Janek: (zrezygnowany): 30.
Handlarz: 100.
I tak stanęło na 45. Janek sięgnął do portfela, ale niestety - miał tylko banknot 50 ringitów. Ucieszony handlarz zaczął powtarzać: fifty, fifty. Janek na to: forty five. Na co handlarz zmienił strategię. Uśmiechnął się słodko i pogłaskał Janka po ramieniu ze słowami: "You are very beautiful".
W tym momencie Janek uznał, że czas się stamtąd zmyć, i wręczył mu owe 50. Ja nie mogłam przestać się chichotać. Przypominały mi się barwne opisy malezyjskiego społeczeństwa wyczytane w bardzo dobrej książce Diny Zaman "I am Muslim", zakupionej w opisanej przez Janka księgarni. Autorka twierdzi, że zachowania homoseksualne, praktykowane obok heteroseksualnych, są swego rodzaju normą wśród Malajów. Muszę powiedzieć, że ilekroć przechodziliśmy ulicą Jalan Petaling, Janek zyskiwał nie mniej niż ja pochlebnych spojrzeń od malajskich handlarzy :)
"

Kilka rzeczy udało nam się kupić, głównie ubrania, Grażyna kupiła sobie tusz do rzęs (chyba). W przeciwieństwie do Hanoi, gdzie wszyscy są podobnej budowy i koloru skóry, tutaj występowała taka różnorodność, że łatwo było dobrać coś dla siebie. Ostatniego dnia, obrotna, muzułmańska
handlarka w sklepie w centrum handlowym na Jalan Cheng Lock dobrała i sprzedała Grażynie dwa staniki za 95 RM (71 zł). Cena nie była może powalająca, ale Grażyna stwierdziła potem, że wygodniejszych w życiu nie miała.
Po lewej - centrum handlowe na Jalan Cheng Lock

Centrum handlowe Suria

Duże wrażenie zrobiło na nas centrum handlowe Suria KLCC (Kuala Lumpur City Center - oficjalny skrót jest w języku angielskim). Przypominał znacznie bardziej Arkadię czy Złote Tarasy z Warszawy niż Vincom Tower z Hanoi. Na przykład na jednym poziomie widoczna była wspólna przestrzeń dla wielu restauracji z różnymi rodzajami jedzenia.



Największe wrażenie w Surii zrobiła na nas księgarnia sieci Kinokuniya na 4-tym piętrze. Można tam było znaleźć książki po chińsku , malajsku i angielsku, przy czym angielskich było ze 2 razy więcej niż wszystkich książek w największym znanym mi Empiku na Marszałkowskiej. Były osobne działy przeznaczone np. na mangę. Nie wiem, czy w Empiku można znaleźć chociaż jeden przewodnik po Malezji; w tamtej księgarni książki do nauki polskiego zajmowały całą półkę. Podobnie przewodniki o Polsce (przy czym znajdywały się między książkami o Amsterdamie i Holandii).
Jednak niektórych książek wcale nie było dużo więcej, np. fantastyka zajmowała raptem 3 regały, widać nie jest aż tak popularna jak np. książki kucharskie.

Podejście do niektórych książek jest uwarunkowane kulturowo

Dalszą część naszej podróży do Malezji opiszę później. Zdjęcia można obejrzeć tutaj.

Thursday, February 14, 2008

Tết 1

7 lutego Wietnamczycy obchodzili początek nowego roku według kalendarza księżycowego - czyli święto Tết. Jest to tutaj najważniejsze święto, w wielu aspektach podobne do naszego Bożego Narodzenia. Nowy rok jest rokiem myszy, bądź szczura, różnie się to tłumaczy - bo wietnamskie słowo chuột oznacza chyba wszystkie gryzonie, w tym np. chomika (choć pewnie kapibarę już nie).

Przygotowania było widać kilka dni wcześniej. Na ulicy Hàng Quạt można było zobaczyć wiele figurek z myszami, w tym najbardziej dla nas intrygującą myszkę Mickey wiozącą kapustę pekińską. Rozumiem, że Mickey, koncern Disneya zdawał się momentami sponsorować te święta, ale czemu kapusta? Nikt nam tego nie potrafił wytłumaczyć.


Z okazji święta, do domu została zakupiona imponująca ilość ciastek bánh chưng

Na ulicach sprzedawano mnóstwo ozdób:

Drzewka kumkwatowe pelnią rolę centralnej świątecznej ozdoby - coś jak nasza choinka. Widywało się je powszechnie, też przed świątyniami:


Przed Tết poszliśmy na nocny targ kwiatowy (zasadniczo):
Poniżej - nasza wędrówka po targu:


Więcej zdjęć na http://picasaweb.google.pl/g.szymanska/WiToTT
Pogłębiony opis święta Tết: http://www.paucisverbis.com/251

Sunday, February 10, 2008

Transport 2

Z każdą próbą znalezienia aktualnego przystanku linii autobusowej, jak również z każdą sytuacją, gdy nie było realnej alternatywy wobec jechania taksówką, rosła nasza potrzeba dysponowania własnym motorem. Mieliśmy jednak pewien problem: gdzie będzie można go trzymać. Wydawało nam się, że w sionce nie ma miejsca, skoro i tak w salonie często stoją dwa z trzech motorów. Zastanawialiśmy się nad rozwiązaniem. Okazało się jednak, że dla naszych gospodarzy nie jest to problem. Nie tylko pozwolili nam trzymać motor, ale nasz gospodarz zaoferował, że mnie pouczy jeździć na nim. Bardzo byłem mu wdzięczny, bo w przeciwnym wypadku, nie wiem, gdzie bym się mógł tego nauczyć. Wiadomo przy tym, że oferowanie swojego motocykla na potrzeby nauki może być ryzykowne. Nigdy wcześniej nie jeździłem na motorze, więc miałem pewny obawy, czy dam sobie radę, zwłaszcza wobec chaotyczności ruchu w Hanoi.

Dwa dni później, w sobotę 26 stycznia nasz gospodarz zawiózł mnie na przedmieścia Hanoi na duży plac. Wyjaśnił mi w jaki sposób obsługuje się motor. Interface (czemu stosować to pojęcie tylko do informatyki?) okazał się być prostszy niż w samochodzie. W prawej ręce reguluje się gaz, jest tam też hamulec. Zapalanie silnika odbywa się przez dodanie gazu i naciskanie przycisku na prawej rączce lub kopanie wajchy na dole motoru. Do tego 3 lub 4 biegi + luz, przełącza się je na puszczonym gazie, lewą nogą, za pomocą 2 pedałów zmieniających bieg w górę i w dół. Pod prawą nogą jest drugi hamulec. Oprócz tego - przełącznik świateł, kierunkowskazy, których nie trzeba używać i bardzo ważna rzecz - klakson. Zacząłem jeździć po placu, najpierw z gospodarzem jako pasażerem, potem sam zacząłem kręcić ósemki, ćwiczyć zmiany biegów a on stał i z kimś rozmawiał. Po 30 minutach powiedział, że jedziemy na drugi plac. To był chrzest bojowy, bo sam prowadziłem, on zaś siedział z tyłu jako pasażer. Trochę poćwiczyłem na drugim placyku, ale już nie było potrzeby - ulica uczy najbardziej. Poza tym, że na ulicy raz komuś nadepnąłem nogą na nogę oraz ledwo uniknąłem czołowego zderzenia z rowerem (nie wiedziałem wtedy, że owszem, światło czerwone można ignorować, ale tylko wtedy, gdy inne motory obok też to robią) - nie było przygód. Po 20 minutach wróciliśmy do domu.

Mieliśmy jeszcze pojechać poćwiczyć następnego dnia, ale nie wyszło, zostaliśmy zaproszeni do znajomej Grażyny, taksówkarz nas oczywiście orżnął, choć na początku licznik szedł normalnie. Następnego dnia - w poniedziałek - wynajęliśmy motor marki Honda za $50 miesięcznie. Nie zabrałem prawa jazdy do Wietnamu, więc dałem swój paszport jako zastaw. Pojechaliśmy kupić kaski na ulicę phố Huế, gdzie ich dużo sprzedawano. W końcu ja kupiłem swój za 150.000đ a Grażyna za 200.000đ (30zł). Pojechaliśmy zatankować w okolice Politechniki i wróciliśmy do domu.
mój pierwszy motor

Następnego dnia mieliśmy straszne problemy z ruszeniem. Nasz gospodarz długo próbował tego dokonać poprzez rozpędzanie motoru na luzie i włączanie jedynki. A że dodatkowo z motoru kapała benzyna, nasz gospodarz poradził nam go wymienić. Pojechaliśmy do punktu wynajmu motorów na Đinh Liệt i wymieniliśmy bez większych problemów na inną Hondę. Nowy motor nie jest niestety tak ładny jak poprzedni i słabiej się wyróżnia na parkingu pośród innych czerwonych Hond, ale znacznie łatwiej się go zapala. Na prędkościomierzu największa wartość to 160 km/h, nie sprawdzałem, czy tyle rozwija. Nic by to zresztą nie dało bo prędkościomierz nie działa. Nie jest to jednak istotna wada, bo ograniczeń prędkości nie widuję, zresztą białych i tak nie kontrolują. Nikt z naszych znajomych nie został złapany za brak prawa jazdy, a nikt go nie ma, bo trzeba by najpierw miesięczny kurs ukończyć.
start spod Pepperonis Pizza

Na cypelku na jeziorze Hờ Tây (zachodnim)

Jazda po Hanoi nie okazała się taka straszna. Jeździ się bardziej na wyczucie niż według reguł. Trzeba być ciągle przygotowanym do manewru, czy to ominięcia innego motocyklu, który przejeżdża na czerwonym świetle, czy przesunięcia się na prawo, gdy jest się spychanym przez samochód. Zajeżdżanie drogi jest powszechne, ale nie jest to problem, jeśli trzyma się nogę na hamulcu. Ograniczenia co do kierunku drogi (jest wiele jednokierunkowych) są przestrzegane, światła uliczne zasadniczo też. O zasadzie prawej ręki na skrzyżowaniach bez świateł chyba nikt nie słyszał, ale z reguły kierowcy zwalniają zbliżając się do takiego, bo kto by chciał kolizji? Rozgraniczenie między pasami na drodze dwukierunkowej jest płynne, jeśli z przeciwka jedzie jakiś pojazd to należy się ścieśnić. Wymija się i z prawej i z lewej strony, zależnie jak jest wygodniej. Jeśli jakiś pojazd potrzebuje stanąć na ciasnej uliczce, to staje, jeśli chce zaparkować to parkuje, inne go co najwyżej ominą. Gdy się kogoś wymija - należy na niego trąbnąć, bo większość motorów nie ma lusterek wstecznych i kierowca może nie wiedzieć, że nie powinien teraz skręcać. Sporadycznie się wskazuje, że się chce skręcić, czy to ręką czy kierunkowskazem. Zależność przyczynowa między piciem a nie-jeżdżeniem nie jest tu chyba znana.
Największym wrogiem są autobusy i samochody, ale nie zazdroszczę ich kierowcom. Samochodem jedzie się wolniej niż motocyklem - potrzebuje więcej niezastawionej przestrzeni przed sobą, aby jechać naprzód. Ponadto wiele dróg jest w całości lub w jedną stronę wyłączone z ruchu samochodowego, choć często ten zakaz nie jest respektowany.

W czasie 1,5 tygodnia, od kiedy jeżdżę z Grażyną jako niezastąpionym nawigatorem, nauczyłem się kilku ważnych zasad. Jeśli chce się skręcić w lewo, to należy zacząć to powoli robić, zamiast stać na środku drogi tarasując ruch za sobą i czekając aż pojazdy z naprzeciwka przestaną jechać. Generalnie najlepiej iść za tłumem. Jeśli motory obok nie zwalniają, choć światło na skrzyżowaniu sie zmienia na czerwone, to należy przejechać z nimi. Przecież jeśli sznur pojazdów jedzie w tą stronę co ty, to i tak żaden motocykl jadąc prostopadle, nie wjedzie przed ciebie.


Ngọc podaje mi zasady zmieniania biegów


Jazda po mieście

Saturday, February 9, 2008

Wieś 2

Dojazd

W piątek 1 lutego pojechaliśmy z wietnamskim kolegą Grażyny do jego rodzinnej wsi. O 11.45 wyszliśmy z domu i udaliśmy się na przystanek. Niestety, autobus numer 31 mający nas zawieść na miejsce spotkanie z kolegą nie przyjeżdżał, więc musieliśmy wziąć taksówkę. Stargowaliśmy cenę z $5 do $4. Kupno biletów do miasta Vinh na dworcu autobusowym było znacznie prostsze, dzięki temu, że robił to nasz przewodnik. Zapłacił przy tym za Grażynę 100.000d i nie dał sobie potem tych pieniędzy zwrócić. Usadowiliśmy się na końcu autobusu, niestety nasz kolega musiał siedzieć na plastikowym krzesełku między fotelami, gdyż brakowało miejsc siedzących. Autobus ruszył tylko po to, aby się po 30 m zatrzymać. Ludzi było trochę za dużo, kontroler zaczął sprawdzać bilety, potem prosił podróżnych o sprawdzenie, czy ktoś z nich nie ma na bilecie napisanego innego numeru autobusu (Grażyna zrozumiała to polecenie!). Po 40 minutach kazali wysiąść 3 osobom i autobus ruszył w drogę.

Jechaliśmy główną szosą łączącą Hanoi z Sajgonem. Miała ona szerokość taką, że 2 autobusy jadące w przeciwną stronę się mijały i zostawał jeszcze metr pobocza, który był regularnie wykorzystywany. Najwięcej było motorków, ale oprócz tego było trochę samochodów, autobusów i ciężarówek, zdarzały się też furmanki. Jeśli jakiś autobus stawał, aby wziąć i wysadzić pasażerów (stawał to czasami zbyt daleko idące określenie, bywało, że tylko bardzo zwalniał), to pojazdy jadące za nim musiały go wymijać. Regularnie zdarzało się, że autobus wymijał szereg innych szerokich pojazdów, czyli samochodów lub autobusów i ledwo zdążał przed pojazdem jadącym z naprzeciwka. Początkowo wyglądało to dość niepokojąco, ale kierowca nie wyglądał na młodego, więc uznałem, że pewnie od dawna jeździ. Czołowego zderzenia autobusu z ciężarówką raczej się nie przeżywa prowadząc pojazd, więc dlaczego akurat tym razem kierowcy miałoby się coś takiego przytrafić. Poza tym, siedzieliśmy na końcu, więc uznałem, że powinniśmy być mało zagrożeni. Grażyna przypomniała sobie przypadek, gdy komuś szyba boczna ucięła rękę podczas wypadku, więc na wszelki wypadek położyłem od tamtej strony kurtkę. A nuż coś to pomoże. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie, ale jadąc w obie strony widzieliśmy na drodze zatrzymany autobus po zderzeniu z motocyklem. Nie było to dziwne, podczas manewrów wykonywanych przez duże pojazdy, małe pojazdy (motocykle i rowery) były spychane na pobocze, nawet jeśli było ich kilka. Naprawdę bałbym się prowadząc jakikolwiek pojazd na tej drodze. Ale też pomijając obawę, czy będą respektować prawo drogowe, chętnie bym widział kierowców wietnamskich w Polsce - widać, że poradzą sobie w każdych warunkach.

Kontroler biletów (lub ktoś w tym rodzaju) wielokrotnie otwierał w czasie jazdy drzwi i wychylał się w czasie gdy autobus zwalniał. Jak się okazało, chodziło o zapytanie stojących na skraju drogi podróżnych, czy są zainteresowani przejazdem.

W czasie blisko 6-godzinnej podróży zatrzymaliśmy się raz na posiłek, gdzie nasz kolega znów nam postawił posiłek kupując nem chua, czyli surowe mięso z przyprawami zawinięte w liście.

W pewnym momencie autobus się zatrzymał, więc szybko wysiedliśmy. Przy drodze czekali ojciec i brat naszego kolegi, na motorach. 5 osób na 2 motorach z bagażami - dało radę. Przejechaliśmy 3 km do wioski naszego kolegi, mijając dziwną bramę (na zdjęciu poniżej)


Wioska
Nasi rozmówcy nie potrafili nam powiedzieć, jaka jest wielkość wioski, ale w szkole podstawowej (poniżej) uczy się 600 dzieci.

Wioska jest położona 3 km od morza. Ludzie do tej pory żyli przede wszystkim z uprawy ryżu i rybołówstwa. Od kilku lat zaczyna się to zmieniać - mieszkańcy otwierają własne biznesy - a to sprzedaż telefonów komórkowych, a to jakieś sklepiki. Widzieliśmy nawet jakiś sklep z telewizorami. Ludziom się powodzi zdecydowanie lepiej niż kilka lat temu. Ich również dosięgła Đổi mới (wietnamska pierestrojka) - czyli otwarcie na prywatny biznes, które nastąpiło w 1986 roku. Ludzie zaczęli mieć motory (wcześniej spotykało się tylko rowery), pojawiły się nowocześniejsze maszyny rolniczne. Niemniej jednak wieś jest naprawdę biedna, porównując ją z polskimi wsiami. Nie ma asfaltowych dróg, mimo że wszędzie jest błoto - jedynie podwórka są wybetonowane. Ściany domów są z materiału, który wygląda jak nieotynkowany beton, z drewnianymi elementami konstrukcji wewnątrz domów. Elektryczność w większości domów jest (choć często szwankuje), a o kanalizacji nikt nie marzy - toalety to dziury w ziemi, otoczone betonowymi ściankami sięgającymi mi często do ramion. Często umieszcza się je w tym samym "budynku" (trudno tą małą betonową odkrytą szopkę nazwać budynkiem) co chlew. Posiłki spożywa się na bambusowej macie rozłożonej na betonowej podłodze. Bambusowa mata służy też jako jedyne w zasadzie posłanie na drewnianych łóżkach. Woda jest czerpana ze studni, oprócz tego zbiera się deszczówkę - tak było przynajmniej u naszych gospodarzy, a nie mam powodu sądzić, aby u innych było inaczej. Na terenie wsi odróżniały się od pozostałych bogate domy typu Gargamel, należące do ludzi, których krewni lub oni sami pracowali np. w Niemczech.

Nasz kolega ze swoją 90 letnią babcią
Pola ryżowe

Na lewo studnia, na prawo zbiornik do zbierania deszczówki

W takich warunkach spędziliśmy 2 noce. Dało radę wytrzymać, przed wyjazdem zostaliśmy zresztą uprzedzeni, i spodziewaliśmy się nawet gorszych warunków. Zastanawialiśmy się tylko, czy na wsi nie kontynuuje się modelu tradycyjnego, kiedy to mężczyźni i kobiety sypiają osobno (na szczęście nie). Podczas jakichś wyjazdów w liceum zdarzało się spać w gorszych warunkach. Było to podobne do wyprawy pod namiot pod koniec października, można było wytrzymać te 2 dni. Najtrudniejsze były noce - spanie w 5 warstwach pod jedną kołdrą i śpiworem, który Grażyna zapobiegliwie zabrała. Łóżko było na mnie za krótkie.
Zbyt krótkie łóżko

Nasz pokój

Za to bardzo miłym aspektem wyjazdu byli napotkani na wsi ludzie. Niezwykle gościnni - i dotyczyło to nie tylko naszego kolegi, który starał się nam nieba przychylić w tych warunkach. W sobotę oprowadzał Grażynę po swoich znajomych - głównie nauczycielach, aby mogła z nimi zrobić wywiady do swojej pracy doktorskiej o przemianach wietnamskiej rodziny. Wszyscy byli otwarci - mówili również o bardzo osobistych rzeczach. Byli przy tym niezmiernie mili, częstowali nas tym co mieli - herbatą lub gorącą wodą z termosu. Zostaliśmy również nakarmieni. Na śniadanie jedliśmy Phở - coś jak rosół, potem ryż z różnego rodzaju mięsem i warzywami. Pierwszego dnia na kolację były też owoce morza - kalmary, krewetki i kraby (oprócz wołowiny i wieprzowiny).
Sobotnia kolacja, naszym wkładem była tabliczka czekolady



Targ

Ciekawym elementem był targ, na który poszliśmy w sobotę rano. Na około 50 stoiskach sprzedawano różne warzywa i owoce oraz mięsa. Widzieliśmy poćwiartowaną świnię - sprzedawane były jej wszystkie części łącznie z np. jelitami. Na targu kręciła się masa psów, chwytających co lepsze kawałki. Psy były z odmiany przeznaczonej na mięso. Nasz kolega chciał nam kupić jakiś owoc, ale byliśmy niezdecydowani - nie znaliśmy wielu z nich. W końcu kupił słodkie i tłuste ciasteczka ryżowe - były dobre dopóki nie ostygły.

Kościół
Dowiedzieliśmy się, że w wiosce, oprócz buddystów i osób nie wyznającej żadnej religii (należy to stwierdzenie odpowiednio rozumieć, rodzaj modlitwy do przodków praktykują tu wszyscy, tylko Wietnamczycy nie kwalifikują tego jako "religii") jest też kilkusetosobowa społeczność katolicka. W relacji naszego kolegi, tworzą oni zamkniętą społeczność. Nie pozwalają na małżeństwa członków swojej grupy z niekatolikami - taka osoba musi przyjąć ich wiarę. Nie posyłają dzieci na uniwersytety, mimo że jest to najlepsza ścieżka do zrobienia kariery. Wielkim wysiłkiem wybudowali kościół - na zdjęciach poniżej. Wszyscy się na tą budowę składali - jedna rodzina, która z powodu biedy odmówiła, została wyrzucona poza społeczność. Wszyscy mieszkają wokoło kościoła, ale mimo to dzwony i głośniki na zewnątrz o 4 nad ranem budzą mieszkańców dużej części wioski (nas też obudziły, choć nie mieszkaliśmy blisko kościoła).

Kilka lat temu jakiś pijany mieszkaniec wioski zabił kamieniem proboszcza. Podobno był to przypadek, że akurat ksiądz zginął. Katolicy znaleźli mordercę, poszli do jego domu, wykopali w nim dół i włożyli tam trumnę ze zwłokami księdza. Morderca siedzi obecnie w więzieniu.


Pani edukatorka
Ostatni wywiad Grażyna zrobiła z panią, która brała udział w rządowym programie edukacji seksualnej. Mieszkańcy mogli się u niej zaopatrzyć w darmowe prezerwatywy (mówiło się o tym bez wstydu, jakby nie był to w żaden sposób kontrowersyjny temat). Swoim przykładem i czynną edukacją miała podnieść poziom wykształcenia społeczności wiejskiej w tej dziedzinie, który w całym Wietnamie, jak wynika z tego raportu (choć mamy zastrzeżenia co do jego rzetelności, warto porównać z raportem o Polsce), jest niewysoki.
U tej pani zjedliśmy podwieczorek, wraz z jej synami i ich znajomymi.
Grażyna ma też liczne zdjęcia na swoim publicznym albumie

Sunday, February 3, 2008

Klimat 1

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy na gadu-gadu są uwagi w rodzaju "Zazdroszczę ci, że mieszkasz teraz w ciepłym kraju". To prawda, że przez większość roku ten kraj jest ciepły. To prawda, że dziś w Sajgonie jest 31 stopni - ale w Hanoi jest 14. To i tak relatywnie ciepło, bo w ostatnim tygodniu w Hanoi dzień w bywało 10-12 stopni, w nocy zaś 8-10. Przy wilgotności rzędu 90% temperatura odczuwalna jest jeszcze niższa.

Dopóki chodzi się po dworze - nie jest to problem. Gorzej, gdy człowiek zziębnięty wchodzi do budynku, gdzie temperatura jest może o 2 stopnie wyższa . Pomieszczenia są nieogrzewane a przy tym regularnie wietrzone. Domy z definicji nie są szczelne. Jedyne miejsca, gdzie zdejmujemy kurtki, to niektóre restauracje serwujące zachodnie jedzenie i nasz pokój. My mamy ten luksus, że mamy u siebie klimatyzator z funkcją grzania, przez co w naszym pokoju jest ciepło, ale i tak oprócz ciepłego powietrza z klimatyzatora, dostaje się zimne powietrze z lufcika od wentylatora, który nie posiada zamknięcia (zastanawiamy się, czy go nie zakryć kartką). W łazience robi się ciepło dopiero w połowie brania prysznica, od strug gorącej wody, ale też tylko na chwilę, bo w łazience oprócz wentylatora w ścianie jest niedomykające się okno.

Przy takiej wilgotności i tak niskiej temperaturze ubrania schną bardzo powoli, bywa, że gniją w szafach. Nas to na szczęście nie dotyczy bo mamy ogrzewanie w pokoju, ale przynosimy do siebie ręczniki z łazienki, aby schły.

Wietnamczycy, którzy byli w Polsce skarżą się na zimno w miejscu pracy, ale pozostali traktują to chyba jako rzecz naturalną, choć zimno powoduje wśród nich częstsze infekcje. Trzeba jednak przyznać, że tegoroczna zima jest wyjątkowo chłodna, nie tylko w Wietnamie, ale i w Chinach: http://wideo.gazeta.pl/wideo/0,0,4893088.html