Sunday, March 16, 2008

Kuala Lumpur 4 - przyroda

Rośliny
Roślinność w Kuala Lumpur na pierwszy rzut oka wydaje się być podobna do tej z Hanoi - wśród drzew dominują różnego rodzaju palmy, w tym bananowce. Na temat drugiego rzutu ciężko jest mi się wypowiadać, bo nie mam wykształcenia botanicznego. Może ktoś lepiej znający się na rzeczy oceni na podstawie załączonych zdjęć drzew. Ja zauważam raczej to, że z powodu dużej temperatury i wilgotności roślinność jest bardzo bujna. Zieleń jest tak intensywna jakby ktoś ją w Photoshopie poprawił (żeby nie było - wszystkie zdjęcia są oryginalne, bez retuszowania :) ).

Miłym elementem było to, że w środku miasta, naokoło wieży telewizyjnej, znajdował się rozległy park z dobrymi oznaczeniami i jasno wytyczoną ścieżką. Trochę nas zaniepokoiły tabliczki o możliwości napotkania niebezpiecznych zwierząt jak skorpion czy skolopendra, ale żadnego nie zauważyliśmy. Zresztą pewnie z nimi jest jak z ciężarówkami podczas jazdy motorem - też nie chcą konfrontacji z tobą.


Zwierzęta
Drugiego dnia pobytu poszliśmy do ogrodu zoologicznego dla ptaków zwanego Bird's Park. Bilety kosztowały relatywnie dużo: 35 RN (27 zł) za osobę, ale warto było. Ogród składał się z około 7 sektorów otoczonych siatką i oddzielonych podwójnymi drzwiami, stanowiącymi swego rodzaju śluzę zapobiegającą przedostawaniu się ptaków z jednej części do drugiej. Większość ptaków chodziła bądź latała sobie w swoich sektorach, choć niektóre były w klatkach - w tym niestety orły, którym przydałoby się więcej przestrzeni. I tak jednak warunki w klatkach sprawiały lepsze wrażenie niż np. w Grutas Park na Litwie.

W pierwszym sektorze znajdowały się różne małe ptaki. Niektóre z nich chętnie siadały ludziom na głowach i rękach i sprawiały bardzo sympatyczne wrażenie:
A oprócz tego potrafiły się wkurzyć za niemożność zabrania obrączki i podziobać do krwi:
Sam ogród był bardzo ładny:

Różne ptaki:
Ten ptak sztywnością przypomina papugę z Monty Pythona

Przeganianie konkurenta, paw bardziej zwracał uwagę na niego...
...niż na samicę
Długo trwało zanim paw zechciał odwrócić się do nas przodem
Wylęgarnia dla ptaków





Nieplanowaną atrakcją były małpy. Pierwszy raz zobaczyliśmy je koło ogrodu dla ptaków, na ścieżce między poszczególnymi sektorami. Potem się okazało, że wykorzystawszy dziurę w poszyciu jednego z sektorów przeszły też na teren samego ogrodu. Małpy sprawiały wrażenie bardzo ludzkie - ten sposób poruszania się, używania rąk. Głównie bawiły się między sobą bądź próbowały zwrócić na siebie naszą uwagę.

Małpy w parku koło wieży telewizyjnej

Małpy koło Bird's Park

Małpki zajmowały się też grzebaniem w śmietniku.

Czteroliterowy skrót nie dotyczy chyba policji, choć kto wie


Małpia zabawa w kosza


Jakiś wolno żyjący gryzoń

Widzieliśmy potem sklep ze zwierzętami. Biednie wyglądały te psy zamknięte w takich klatkach, choć chyba nie zmniejszało to obrotów sklepu.


Więcej zdjęć na: http://picasaweb.google.pl/g.szymanska/Przyroda

Saturday, March 8, 2008

Przedmieścia 1

(Tu mówi Grażyna:)
Biorąc pod uwagę podstawowe dane, jak liczba mieszkańców i powierzchnia, Hanoi jawi się jako całkiem spory ośrodek miejski. W porównaniu z Warszawą, Hanoi ze swoimi 3,4 milionami mieszkańców (moje rodzinne miasto - jedynie 1,7 miliona) i 920 km kwadratowych powierzchni (Warszawa - 512 km2), wypada całkiem imponująco. Myliłby się jednak ten, który spodziewałby się odnaleźć w stolicy Wietnamu rozległe miasto z licznymi osiedlami domów wielorodzinnych czy wysoką zabudową. Otóż, sekret imponującego rozmiaru Hanoi tkwi w tym, iż do administracyjnego obszaru miasta włączone są rozległe obszary wiejskie. Oprócz dziewięciu dzielnic wewnętrznych, które zasadniczo - choć z pewnymi wyjątkami - wyglądają miejsko, do Hanoi przynależy również 5 tak zwanych huyện - dzielnic zewnętrznych, które z miejską przestrzenią nie mają nic, a nic wspólnego, a składają się po prostu ze zbioru wsi i centralnego ośrodka administracyjnego. Jadąc po terenie owych huyện, można zobaczyć drogowskazy w rodzaju "Hà Nội 15 km". Przy czym to właśnie tereny huyện zajmują większość ogólnej powierzchni miasta.
Słowem, dokonano sprytnego zabiegu administracyjnego - albowiem w rzeczywistości miejskie tereny zajmują w Hanoi dość niewielką powierzchnię. Jak wynika z opisu Janka poniżej - wystarczy od ścisłego centrum miasta, w którym mieszkamy, oddalić się motorkiem na jakieś 15 minut odległości, aby znaleźć się w zupełnie innym otoczeniu:

We wtorek wieczorem postanowiliśmy zobaczyć, jak wygląda Hanoi po drugiej stronie Rzeki Czerwonej. Wyruszyliśmy z domu, gdy było już po zmroku i wkrótce wjechaliśmy na most Long Biên, przeznaczony tylko dla pociągów i jednośladów. Jechaliśmy po pasie o szerokości może 3,5 m, mając czarną toń rzeki po lewej stronie i pędzący pociąg pełen białasów po prawej. Gdy most się skończył, odbiliśmy w lewo. Miejskie zabudowania wkrótce się skończyły i jechaliśmy ciemną asfaltową drogą położoną na wale przeciwpowodziowej, widząc po lewej stronie czarną rzekę a po prawej budynki w oddali. Co jakiś czas omiatał nas blask świateł jadącej z naprzeciwka ciężarówki. Powietrze było zimne i świeże, a nad głowami zobaczyliśmy gwiazdy, Orion świecił wyraźnie, gwiazda której w zasnutym smogiem Hanoi trudno jest dostrzec. Tereny po których jechaliśmy były słabo zaznaczone na mapie, i w pewnym momencie zatrzymaliśmy się przy posterunku policji. Wtedy pojawił się jakiś podpity Wietnamczyk i zaczął zagadywać do nas. Widząc, że chcemy jechać dalej, ostrzegł mnie, żebym nie wiózł dziewczyny po tak kiepskiej drodze. Zignorowaliśmy jego zalecenie i ruszyliśmy dalej. Mieliśmy mało benzyny, dlatego zdecydowaliśmy się zrobić pętlę i powrócić do Hanoi drugim mostem. Pobłądziliśmy jednak, gdyż ulica, którą chcieliśmy jechać, nie była prostym odcinkiem tylko skomplikowaną strukturą złożoną z wielu bocznych uliczek. Błądziliśmy wśród rozległych zakładów koncernu naftowego Petronimex widząc majaczące w ciemności dźwigi, zbiorniki i wieżyczki strażnicze, aż w końcu dotarliśmy do ślepego zaułka z wielkim socrealistycznym plakatem namalowanym na murze naprzeciwko. Cofnęliśmy się i w końcu dojechaliśmy do stacji benzynowej. Zatankowaliśmy, ale najpierw nie chcieli od nas pieniędzy 30.000đ (4,5 zł) za bak benzyny, a potem właściciel zaproponował mi wymianę żon, na co się oczywiście nie zgodziłem :). Po chwili rozmowy pojechaliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy liczne, oświetlone na czerwonoróżowo burdele, czasem określane jako "Nhà Nghỉ" (dom odpoczynku), a czasem kryjące się pod szyldem "Karaoke". Wróciliśmy bez przeszkód przez most Chương Dương. Miłe to było. Coś było pociągającego w owych przedmieściach: świeże (no, powiedzmy) powietrze, przestrzeń, ciszej nieco - i ludzie inni, zadziwieni naszą obecnością - a nie traktujący nas jak chodzące portfele.
Zachęceni ciekawą wyprawą pojechaliśmy wczoraj na piknik, który najlepiej niech opisze Grażyna:

"Wczoraj, dnia 8 marca, wyruszyliśmy na planowaną wycieczkę. Najpierw jednak trzeba było coś zjeść. Udaliśmy się do bun cha na Hàng Mành, ale tłok nas zniechęcił – i tak trafiliśmy do skoligaconej z nią bun cha na Đường Thanh. Okazało się, że tam jest smaczniej, a cena ta sama (choć nie dało się pani wytłumaczyć, że chcemy tylko kotleciki, a nie tłuste skwarki). Całkiem zadowoleni, pojechaliśmy do piekarni na phố Huế, wypróbowanej kiedyś przez Janka, aby zaopatrzyć się w zapasy na piknik. Piekarnia jest rewelacyjna; imituje europejską piekarnię plus sklep z „europejskimi” produktami. Można dostać dobry(!), na poły ciemny (!), chleb z ziarnami (!), za jedynie 18 tysięcy (!!!). Kupiliśmy też serek „krówka śmieszka”, masło w opakowaniach jednorazowych i dwa małe francuskie dżemy, i jakieś ciastka... Pycha. Ale oczywiście potrzebny nam był jeszcze nóż. Zajechaliśmy więc do centrum handlowego Tràng Tiền, gdzie nabyliśmy tenże plus dwie maseczki do jazdy na motorze (okazały się dziadowskie – nie przepuszczały powietrza i nie dało się w tym jechać) oraz puszkę oliwek. Full wypas. No i w końcu – a była już 1:15 – wyruszyliśmy.

Wjazd na ekskluzywne osiedle mieszkaniowe koło mostu Thăng Long

Pojechaliśmy z rozmachem do trasy prowadzącej nad rzeką, i pruliśmy przed siebie Âu Cơ i jej przedłużeniem. Po jakimś czasie zaczął rysować się most Thăng Long, którym mieliśmy przejechać. Nie zrobiłam zdjęcia, bo trudno to było ująć, ale widok był imponujący! Most jest niesamowicie wysoki, dwupoziomowy – na dole jedzie pociąg, na górze samochody. Mieliśmy problem z wjechaniem na niego – wjazd był daleko od wybrzeża, chwilę pobłądziliśmy. Janek sunął nawet 60 km na godzinę. No i tak sobie pojechaliśmy, niby zgodnie z planem – skręciliśmy z trasy w lewo. A potem błądziliśmy i błądziliśmy J Wokół nas najpierw widniały jakieś fabryki, zakłady, industrialna budowa. Ale była to – w przeciwieństwie do tego, z czym mamy do czynienia na co dzień – zabudowa luźna. Widać było przestrzeń! A nawet – zieleń, głównie w postaci ryżowisk i bananowców wyrastających tu i ówdzie. Domy zbudowane w pewnym odstępie od siebie, niższe i szersze. Mnóstwo pyłu i dymu, brudno. A że dziś wilgotność była spora, wszędzie rozpościerała się brudnawa mgła. Pomiędzy zakłady i przemysłowe budynki powciskane były ryżowe poletka. Niektóre całkiem zalane wodą, z innych wyrastały już bujne żywozielone kłosy. Widzieliśmy mnóstwo pracujących ludzi. Taki typowy widoczek – pochylony człowieczek w jasnym trójkątnym kapeluszu na tle zalanego wodą pola. Było też sporo krów, a także pojawiały się bawoły! Nastawiłam się na robienie zdjęć tym drugim. Droga była dość zapchana pojazdami, sporo ciężarówek mijaliśmy – w końcu to dość zindustrializowana okolica. Kiedy zatrzymywaliśmy się na chwilę, ludzie gapili sie na nas tak, jak można by było tego oczekiwać – ot, Murzyni zaplątani gdzieś między Zielonką a Kobyłką.

No i zabłądziliśmy – wiedzieliśmy, że aby dojechać do „jeziora”, zaznaczonego na mapie, powinniśmy gdzieś odbić w lewo. Wprawdzie zdawaliśmy sobie sprawę, że owo jezioro będzie dość syfnym zbiornikiem (jaki inny może być w tak brudnej okolicy), ale zawsze lepiej posiedzieć nad wodą, niż na środku drogi. Odbijaliśmy więc „na ślepo” w jakieś polne drogi, co kończyło się tym, że dojeżdżaliśmy do jakichś gospodarstw i na tym – plus kilku zdziwionych spojrzeniach miejscowych – się kończyło. W końcu wjechaliśmy w pewną szeroką, asfaltową drogę, która jednak rychło się skończyła – dalej biegła jedynie wąska, piaszczysta ścieżka. Janek – wbrew moim obiekcjom– zdecydował się nią pojechać. No i już wkrótce wywaliliśmy się na zakręcie, tyle było piachu (ale przynajmniej nie wpadliśmy do rowu). Miejscowi chłopcy mieli z nas wiele uciechy. Otrzepaliśmy się, i Janek zdecydował, że jedziemy tą dróżką dalej – ja stwierdziłam, że okej, nie wierzę, aby to miało sens, ale jest śmiesznie przynajmniej :-) Mijaliśmy co chwila zdumionych ludzi, aż w końcu, jakimś cudem, dojechaliśmy do asfaltowej drogi.

Podążając nią, dotarliśmy w końcu do „jeziora”. Okazało się ono być rzeczywiście zbiornikiem brudnym (przy śluzie oddzielającej od siebie fragmenty jeziora, widniała tabliczka: hồ sâu cấm tắm – jezioro złe, zakaz kąpieli), ale wcale nie brzydkim i nie śmierdzącym. Początkowo zatrzymaliśmy się na jakimś prowizorycznym boisku, gdzie opadła nas kupa dzieciaków. Podjechaliśmy nieco dalej i zrobiliśmy sobie piknik pod małym sadem palmowym (chyba były to kokosy, ale głowy nie dam). Było zdecydowanie ciepło (siedziałam w bluzce na ramiączkach) i bardzo miło. Jakiś rybak pływał sobie łódką tuż obok nas, a z tyłu – ale z pewnego oddalenia – pokrzykiwały coś dzieciaki. Spałaszowaliśmy chlebek – bardzo dobry, z serkiem, oliwkami i dżemem.

Chleb!!!

Piknik

Krowy nad jeziorem

Gaj

Po jakiejś godzinie zmyliśmy się, aby wracać inną drogą. Nie obyło się bez błądzenia, a nawet pytania o drogę.

Pasterz

Zwiedziliśmy jeszcze przydrożny cmentarz, na którym spokojnie pasły się duży bawół i mała krowa. Wyglądało to doprawdy pięknie, Janek stwierdził, że bawoły wyglądają jak z powieści fantasy (wyjaśnienie Janka: trochę tak, jakby ktoś kreując świat fantastyczny chciał umieścić jakiś odpowiednik krowy, ale nie potrafił wymyślić nic bardzo oryginalnego)

Wróciliśmy przez huyện Đông Anh, mostami Cầu Duống i Cầu Chương Dương. I gdy znowu zaczęło robić się miejsko, upewniłam się w tym, że lubię przedmieścia. Choć w zasadzie trudno powiedzieć, czemu. W huyện Đông Anh nie było specjalnie ładnie: zanieczyszczenie jak na Górnym Śląsku, płasko jak na Mazowszu, żadnych lasów, woda niezdatna do kąpieli. Chyba wystarczyło to, że wokół nas pojawiło sie choć troche wolnej przestrzeni, której w centrum Hanoi bardzo brakuje. No i również to, iż otoczenie, w którym wczoraj przebywaliśmy było jakoś takie niespreparowane, kompletnie nieturystyczne, nienachalne. Autentyczne, słowem :-) Nikt nie próbował nam nic sprzedać, ludzie zajmowali siê tu własnymi sprawami, białas był dla nich swoistą atrakcją, na którą reagowali dość życzliwym zainteresowaniem, a nie potencjalnym źródłem dochodu. Co za ulga.

"

Facet z jajami

Facet z mieczykami

W dymie z wypalanych traw

Powrót do Hanoi


Pofrancuski most Long Bien (w nie najlepszej kondycji)

Thursday, March 6, 2008

Tết 2

W wigilię święta Tết, czyli nowego roku księżycowego, poszliśmy do pani Phương. Czekały tam na nas dwie Japonki, o których wspominałem w poprzednim poście. Na kolację nasza gospodyni przygotowała lẩu - czyli gorący kociołek. Gotowanie szło sprawnie, zwłaszcza od kiedy okazało się, że Japonki rozumieją chińskie znaki na podgrzewaczu elektrycznym. Wrzucaliśmy kolejne rodzaje jedzenia, dowiedziałem się że nie należy próbować otwierać zamkniętej małży, bo skoro się nie otworzyła podczas gotowania to znaczy, że jest niejadalna. Potem pojechaliśmy na Bờ Hồ, gdzie miały być fajerwerki, ale z powodu tłumów i zamknięcia części ulic dla pojazdów mieliśmy duże problemy z przejazdem.


W końcu udało nam się dotrzeć do domu, gdzie zostawiliśmy motor. Skierowaliśmy się na Bờ Hồ i po 5 minutach byliśmy na miejscu.

Widzieliśmy mnóstwo ludzi i trochę myszy, na szczęście głównie na obrazkach. Dało się zaobserwować przygotowane ofiary do spalenia:

I sam moment palenia (po północy)



Piękną rzeczą był startujący lampion. Podpięta pochodnia ogrzewa powietrze, co powoduje, że lampion leci do góry.

O północy rozpoczęły się fajerwerki, a łączność komórkowa siadła zupełnie. Fajerwerki - całkiem pokaźne - skończyły się po kwadransie, z telefonu dało się normalnie korzystać po 2 godzinach, co było o tyle irytujące, że umówiliśmy się z naszą wietnamską koleżanką i nie mogliśmy się odnaleźć.


Wróciliśmy do domu jako ostatni z domowników, a ja żałowałem tylko, że święto Tết nie jest obchodzone w Polsce, w związku z czym następnego dnia trzeba normalnie pracować.

Saturday, March 1, 2008

Różnice kulturowe 1

Od kiedy przyjechałem do Hanoi, staram się uchwycić na czym polega różnica kulturowa między Polską a Wietnamem. Wietnam jest krajem znacznie starszym niż Polska, o ponad dwutysiącletniej tradycji. Pierwsze królestwa wietnamskie powstały w 3 wieku przed naszą erą. Bardzo silne piętno odcisnęły Chiny i konfucjanizm. Równocześnie Wietnam podlegał wpływom z południa i buddyzmowi, który najpierw przyszedł z Indii, a potem z Chin. Obecnie na kulturę wpływa dodatkowo westernizacja kraju i jego gwałtowny rozwój. Mieszkamy na północy, gdzie podobno jest inaczej niż na Południu, w Sajgonie. Pewne rzeczy udało mi się wyłapać i postaram się je przedstawić, choć raczej w formie konkretnych historii i hipotez niż gotowych wniosków, na które jest za wcześnie.

W wigilię święta Tết pojechaliśmy do pani Phương, gdzie zjedliśmy kolację z dwiema Japonkami: Aki i Haruną - studentkami wietnamistyki, które uczą się tego języka u pani Phương. Rozmowa toczyła się głównie po wietnamsku, gdyż tylko ja nie znałem tego języka, ale czasami też po angielsku, gdyż Japonki trochę tym językiem władały.

I wtedy zdumiała mnie jedna rzecz: jakże prości są Japończycy w kontakcie. Jakże łatwo się z nimi rozmawia, nawet gdy występuje pewna bariera językowa. Było w tych Japonkach coś bardzo swojskiego, czego nie czuje się u większości Wietnamczyków. Trudno uchwycić o co dokładnie chodzi, ale rozmowa z tymi Wietnamczykami, którzy nie byli nigdy w Europie i nie pracują w zachodnich korporacjach, jest zawsze sztywna. Człowiek ma wrażenie, że granice tego o czym można rozmawiać są ściśle określone i poza to się nie wyjdzie. Pamiętam moją rozmowę z pewną znajomą Wietnamką na temat kasków motorowych. Wspomniała, że kaski są problemem dla wietnamskich chłopców - bo psują im fryzurę. Odpowiedziałem, że w Polsce mężczyźni nie przywiązują aż takiej wagi do wyglądu zewnętrznego jak tutaj, i że sam byłem zdziwiony, gdy podczas przymierzania kasków sprzedawca podsuwał mi lusterko, abym zobaczył jak w nim wyglądam - mi wystarczało spojrzenie na kask z zewnątrz. Otrzymałem odpowiedź, że kaski są różne, bardziej i mniej rozbudowane, i można sobie dobrać. Nastąpiło zejście z tematu - rozmowa o różnicach kulturowych nie wchodziła najwyraźniej w grę.

Z Japonkami rozmawiało się inaczej. Powiedziałem, że oglądałem trochę anime, jak nagrodzony Oscarem Spirited Away czy Grobowiec Świetlików, i że moi znajomi oglądają więcej np. Hikaru no Go. Mogłem powiedzieć, że mają własny portal z recenzjami anime, ale i tak Japonki były bardzo zaciekawione i entuzjastyczne, że w Polsce ogląda się japońskie filmy animowane. Śmieszną rzeczą są "pohukiwania", które wydawały do okazywania emocji, coś co w języku polskim jest wyrażane przez słowa w rodzaju "acha", "ojej". Można też było żartować z nimi np. na temat, że w Wietnamie podstawowym narzędziem kuchennym są nożyczki (do krojenia makaronu, rozcinania mięsa, itp.). Wietnamczycy albo są poważni - albo ich rozmowa polega na czymś, co można by określić mianem beztroskiej pogawędki, wypełnionej chichotem i żartami. Wymiana porozumiewawczych spojrzeń? Grażynie zdarzyło się to zaledwie raz. Japonki w pewnym momencie zapytały mnie, dlaczego siedzę na kanapie "po japońsku", na kolanach. Moje wyjaśnienia, że kanapa jest dla mnie za niska i przez to trochę niewygodna przy normalnym siedzeniu, spotkały się z zaciekawieniem i zrozumieniem. Myślę, że Wietnamczyk by powiedział mi co najwyżej, żebym tak nie siedział, bo to jest niewygodne. Przypomina mi się reakcja naszych domowników, gdy po raz pierwszy zobaczyli, że ich kot leży na naszym łóżku. Chcieli go spłoszyć - choć zaprzestali gdy powiedziałem, że to jest ok, że on tak leży. W Polsce spodziewałbym się raczej zagadania: "widzę, że lubicie naszego kota", ewentualnie "czy nie boicie się, że zabrudzi wam pościel?".

Podobnie gdy Grażyna miała jechać na wieś - mimo wielu twierdzeń w rodzaju "nie mogę jechać, bo muszę w piątek pracować" czy "dobrze, że jest zasięg, bo będę do Grażyny codziennie dzwonić" wszyscy nasi rozmówcy uznali, że ja jako mąż z nią jadę, bo widocznie tak jest przyjęte.

Ciekawa interakcja miała też miejsce wczoraj. Po zjedzeniu lunchu postanowiliśmy zakosztować głównej atrakcji jeziora Hồ Tây, a mianowicie łabędzi. Łabędzie to rowery wodne w kształcie tychże. Wypożyczyliśmy jednego i wypłynęliśmy na środek jeziora oddalając się od innych, które kręciły się przy brzegu. Zrobiło się cicho i spokojnie, przestaliśmy słyszeć odgłosy ulicy. Planowaliśmy dopłynąć do przeciwległego brzegu, gdy w pewnym momencie usłyszeliśmy odgłos motorówki. Kierowca wskazał nam gestem, że mamy zawrócić. Cóż zrobić - zaczęliśmy płynąć do przystani i po chwili przystanęliśmy, żeby odpocząć. Spowodowało to, że po 5 minutach motorówka pojawiła się ponownie.



Być może w przydługim regulaminie po wietnamsku było coś na temat tego, gdzie można pływać a gdzie nie - ale po co taki zakaz? Na jeziorze było pusto, nie chodziło o ryzyko, że się z innym wodnym pojazdem zderzymy, zresztą poza łabędziami prawie nic tam nie pływa. Czyżby obawa, że im tego łabędzia ukradniemy, że po drugiej stronie jeziora czeka na nas wspólnik, pewnie też biały, z ciężarówką na którą załadujemy cenny łup? Może się bali, że podpłyniemy gdzieś, wyjdziemy na brzeg i zostawimy łabędzia - ale w Polsce, chociażby na Wigrach, można wynająć łódkę i pływać gdzie się chce - a nie tylko po arbitralnie wyznaczonym obszarze. Płaciliśmy za godziny: 50.000đ (7,5zł), więc im dłużej byśmy się poruszali po jeziorze, tym lepiej z punktu widzenia wynajmujących. Widzieliśmy pewną nieprzyzwoicie zachowującą się parę: korzystając z oddalenia od innych łodzi namiętnie się całowali; może chodzi o zapobieżenie dalej idącemu pogwałceniu moralności (choć i tak w Wietnamie młodzi ludzie to robią). Myślę, jednak, że po prostu nie można się poruszać poza jakiś wyznaczony obszar - bo tak jest chyba bardziej naturalnie, niż gdyby ograniczeniem był po prostu brzeg jeziora. To byłoby chyba zbyt swobodne, gdyby można było pływać gdzie się chce - i to jeszcze samotnie.

Jeśli pewne rzeczy robi się tak, to nie potrzeba uzasadnienia, czemu nie można robić inaczej. I jeśli ktoś chce to zrobić inaczej (np. Grażyna pojechać na wieś bez męża, za to z kolegą) to nie przyjmuje się tego do wiadomości. Do tego dochodzi brak możliwości porozmawiania o tym, jak jest w Polsce a jak u Wietnamie. Można porozmawiać o różnicach klimatu i o tym, że owoce są inne, ale jakaś refleksja nad kulturą nie wchodzi w grę. Dlaczego? Czy ten temat jest obraźliwy? Mam nadzieję, że przynajmniej ten post nie jest. A może to trochę tak, jakby chrześcijanin i muzułmanin rozmawiali o tym, co jest dobre a co złe według ich religii. Może problemem z taką rozmową jest, że podważa ona oczywistość norm?

A oto co do powiedzenia na ten temat ma Grażyna:

"Wietnam, jako kraj, na który w biegu historii silny wpływ wywierały Chiny, zaliczany bywa do kręgu kultury konfucjańskiej. Owo określenie jest w odniesieniu do Wietnamu zaledwie częściowo słuszne. Wielu autorów zajmujących się różnymi aspektami kultury wietnamskiej przedstawia ją raczej w kategoriach ścierania się dwóch przeciwstawnych tendencji. Jako owe przeciwstawne tendencje wymieniane są:

  • hierarchiczny konfucjanizm, przyniesiony z Chin, kontrastowany z bardziej egalitarnymi, "rodzimymi" tradycjami ludowymi
  • bądź też element yin ścierający się z elementem yang (cokolwiek by to nie miało znaczyć);
  • albo też patrylinearny i męskocentryczny system pokrewieństwa (znów import z Chin) versus wpływy matrycentryczne i matrylinearne, ponoć obecne w Wietnamie przed epoką chińskiej okupacji (na co dowodem mają być obecnie jeszcze istniejące systemy matrylinearne wśród austronezyjskich mniejszości etnicznych typu Rade http://pl.wikipedia.org/wiki/Rade_%28grupa_etniczna%29 - dość to pokrętne)


Czytając wpis Janka, myślę sobie, że jednak można dość trafnie wyjaśniać zaobserwowane zjawiska w kategoriach kultury konfucjańskiej. Otóż, system filozoficzny wykształcony w Chinach, a kojarzony z imieniem Konfucjusza, postuluje istnienie sztywnej struktury społecznej, ze ściśle określonym układem ról i pozycji. Dobrze funkcjonujące społeczeństwo powinno być uporządkowane w myśl określonej hierarchii - pięciu powinności http://www.tpjwlkp.republika.pl/nihon/religia/konfu.html . Pożądany stan rzeczy występuje wtedy kiedy "król jest królem, a minister ministrem; ojciec jest ojcem, a syn jest synem".

Kiedy zapytałam siedemnastoletnią koleżankę podczas zwiedzania Świątyni Literatury, gdzie można odczytać umieszczone na ścianach liczne konfucjańskie maksymy, czy nadal w Wietnamie wyznaje się te zasady, odpowiedziała - nie, to już przeszłość. Jednakże wydaje mi się, że przynajmniej jedna cecha wiązana z konfucjanizmem trzyma się w Wietnamie mocno: sztywne określenie ról społecznych.

Konieczność definiowania ról społecznych pojawia się w Wietnamie przy jakiejkolwiek werbalnej interakcji. Otóż, w języku wietnamskim istnieje niezwykle skomplikowany system form zwracania się do siebie. To, co w języku polskim załatwiane jest poprzez zaimki osobowe "ja" i "ty" (ewentualnie w uprzejmej wersji "pan" i "pani"), w języku wietnamskim posiada dziesiątki odpowiedników. W zależności od tego, kim jestem ja, i kim jest mój rozmówca - od tego, w jakim obydwoje jesteśmy wieku, w jakiej relacji, i jakiej płci - powinnam zastosować odmienne określenie. Większość z owych określeń to terminy pokrewieństwa: do pani sprzedawczyni w studenckiej kantynce zwracam się per cô (dosłownie - ciocia - siostra ojca młodsza od ojca), do kelnera w restauracji - em (młodszy brat/siostra), do naszej pani gospodyni - chị (starsza siostra). Chcąc przeprowadzić z kimś rozmowę - nawet taką najbanalniejszą, o pogodzie, czy cenie danego towaru - najpierw musimy wybrać odpowiednie formy zwracania się do siebie. Czy ten pan to bác (wujek - starszy brat ojca, określenie nacechowane głębokim szacunkiem), czy może ông (dziadek)? Czy ta dziewczyna jest starsza ode mnie (wówczas mówię chị), czy może jednak młodsza (em)? I tak dalej. Bywa to męczące i konfundujące, podobno również dla samych Wietnamczyków, jak zapewniała mnie koleżanka, która spędziła kilka lat w Polsce.

Powoduje to, iż w każdej z nawiązanych interakcji, występujemy tu w danego rodzaju rolach. Jeśli w danej relacji ja występuję jako em, a moja rozmówczyni jako chị (starsza siostra), to ja powinnam być wobec niej uprzejmiejsza, nie wypada mi się wykłócać o pewne rzeczy - ona jest osobą stojącą wyżej w hierarchii, choć może być między nami zaledwie rok różnicy wieku. Kiedy w Polsce dyskutuję z osobą dajmy na to 50-letnią, w zasadzie jesteśmy na podobnych pozycjach - obydwie będziemy zwracać się do siebie per "pani". Tu w Wietnamie zaś, ja będę cháu (siostrzenica, wnuczka), ona zaś - bác, wielce szanowaną ciocią. To doprawdy wiele zmienia.

Słowem, interakcje w Wietnamie mają tendencję do "sztywniejszego" przebiegu niż interakcje w naszym kręgu kulturowym. Zdaje się, że istnieje pewien zasób możliwych zachowań, dopuszczalnych w odniesieniu do osoby, występującej jako twoja "starsza siostra" czy "ciocia młodsza od ojca". Poza te ramy zwykle się nie wykracza. Choć oczywiście istnieją wyjątki - zawsze występują jednostki wyłamujące się z systemu. No i wszak nie bez przyczyny pisze się wiele o owych niekonfucjańskich elementach kultury Wietnamu, a w Polsce wydano nawet książkę "Tradycja niekonfucjańska" pod redakcją pani Teresy Halik (której zresztą nigdzie nie udało mi się dostać, ale może czytelnicy z Poznania coś na ten temat wiedzą?)"

A co o nas sądzą napotkani Wietnamczycy? Pewnie wydajemy im się dziwni, może trochę zepsuci i nieokrzesani, mili - choć nie potrafiący się właściwie zachować. Mam nadzieję, że do czegoś jeszcze dojdę i napiszę post "Różnice kulturowe 2".