Thursday, April 17, 2008

Klimat 2

Poprzedni wpis o pogodzie dotykał kwestii przystosowania Hanoi do zimna. Od około dwóch tygodni mamy okazję obserwować jak miasto - i my sami radzimy - sobie z gorącem. Ostatnio panują tu warunki w rodzaju 30 C, 70-80% wilgotności.
Niesie to ze sobą kilka efektów:

Po pierwsze - znowu używamy klimatyzacji w nocy - ale nastawionej na chłodzenie.
Po drugie - w czasie dnia mamy włączone wiatraki, które są znacznie mocniejsze niż te w Polsce.
Po trzecie - jeszcze bardziej niż poprzednio lubimy jeździć motorkiem, bo wtedy jest chłodniej
Po czwarte - o ile przyzwyczailiśmy się do tego, że ubrania, które dostajemy po praniu pachną tak, jakby już trochę poleżały w pralce, i w zasadzie nigdy nie są do końca suche - o tyle pleśnienie obuwia jest nową rzeczą. Koleżanka Asia straciła przez grzyb kilka par butów i torebki. Mi też zapleśniały buty - na szczęście najmniej cenne, bo najdłużej noszone. Próbowałem, głównie w celach poznawczych, je umyć - ale spowodowało to tylko to, że grzybek, który wyrósł po kilku dniach był bardziej kolorowy, z przewagą niebieskiego. Oszczędzę wszystkim publikowania zdjęć :-) Mogę jeszcze dodać, iż nasze rzeczy w łazience (kubki, szczoteczki) pokryły się nalotem o zgoła innym kolorze, przypominającym czerń klasycznego grzyba łazienkowego...
Mamy nadzieję nie stracić żadnych ubrań. Zauważyłem, że sprzedawczyni w sklepie, gdzie szyliśmy sobie ubrania, wyciska wodę z tkanin. Chyba nie będziemy aż tak bardzo się starać.
Po piąte - przy takiej wilgotności - ciekawe efekty występują, gdy się postawi na stole butelkę z lodówki lub napój z lodem. Wilgoć skrapla się na zewnętrznych ściankach naczynia, przez co woda zaczyna zalewać stół.

Wiatrak sufitowy w domu

Pogoda zapowiada się jeszcze ciekawiej. Jutro wylatujemy do Tajlandii, gdzie temperatura jest o 5 stopni wyższa i ciągle pada. A jak wrócimy, to się nadal będzie ocieplać. Miasto jest przystosowane do upałów bardziej niż do zimna (można powiedzieć, że systemy chłodzące w Hanoi są tak popularne jak ogrzewanie w Warszawie i vice versa - tak jak w Warszawie w niektórych miejscach można spotkać klimatyzację, tak tutaj - zdarza się trafić na ogrzewanie). Ale i tak w lato z powodu niskiego poziomu Rzeki Czerwonej okresowo wyłączany jest prąd poszczególnym dzielnicom. My tego jednak chyba nie doczekamy :)

Sunday, April 13, 2008

Przedmieścia 3

Dziś postanowiliśmy w ramach odpoczynku wyrwać się (już po raz kolejny) poza miasto. Obejrzawszy mapę dokładnie, zaproponowałam Jankowi wyjazd do Sóc Sơn. Sóc Sơn to jeden z huyện – dzielnic zewnętrznych Hanoi (słowem, włączony do Hanoi na jakiejś bliżej nieznanej zasadzie zbiór wiosek). W Sóc Sơn mieści się bowiem znany kompleks świątyń, buddyjskie seminarium duchowne, a także – i to nas interesowało najbardziej – wzgórza. Czy wręcz – góry.

Do świątyni Sóc Sơn jest pewnie z centrum miasta ze 30 kilometrów, a może i więcej? Mieści się ona za północny wschód od lotniska Nội Bài. Jechaliśmy początkowo przez most Long Biên i dalej, dalej proosto przed siebie do mostu Đuống na rzece Đuống. I za mostem w lewo, wśród osad, wsi i różnych nieregularnych zabudowań huyện Đông Anh, a potem – huyện Sóc Sơn. Krajobrazy były nam już dość znajome – płasko, po obydwu stronach drogi zieleniejące pięknym odcieniem zieleni pola ryżowe, brzydkie, brudnawe zabudowania, pracujący na polach ludzie w trójkątnych kapeluszach, bawoły, krowy, mnóstwo barków-restauracyjek z phở, bún, miến, potrawami z psa itp. Pogoda była nienajlepsza – było bardzo wilgotno, od czasu do czasu mżyło, albo nawet z lekka kropiło. Ale w końcu przed nami, po lewej, wśród tej mgły zaczęły zarysowywać się wzgórza. Słowem, zaczęło być naprawdę ładnie! Minąwszy osadę Sóc Sơn, trafiliśmy na drogę odbijającą od głównej w lewo, oznaczoną jako droga dojazdowa do świątyni. Droga była świetna – jakość taka sobie, co nieco „polna” - ale przez to natychmiast budziła wakacyjne skojarzenia. Bardzo podobała mi się rudawoceglana nawierzchnia, niespotykana w Polsce. Mijaliśmy typowe wiejskie zabudowania; staw, w którym zanurzeni po uda w wodzie rybacy wyciągali ryby za pomocą wielkich sieci; a także tereny wojskowe, ozdobione ściennymi malowidłami sławiącymi żołnierzy wietnamskiej armii.

Dojechaliśmy wkrótce (po 3 km) do owego zespołu świątyń. Zostawiliśmy motorek na parkingu. Miejsce było dość ludne, ale bez przesady – ot, trochę niezbyt natarczywych handlarzy wodą, słodyczami i kadzidłami, nieco zwiedzających, czy też pielgrzymujących Wietnamczyków. Na miejscu było wiele dróg prowadzących w różne strony; nie udało nam się dostrzec żadnego ogólnego planu terenu więc niezbyt wiedzieliśmy gdzie iść, ale po pobieżnym zajrzeniu do dwóch świątyń stwierdziliśmy, że największą ochotę mamy przybliżyć się do gór. Świątynie owszem, ciekawa rzecz, ale w Hanoi są setki świątyń - lasu natomiast się nie uświadczy. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy – znaleźliśmy ścieżkę (dobrze utrzymana, stopnie z kamieni) prowadzącą w górę. Po drodze jeszcze jakaś sympatyczna pani porządkowa nas ostrzegła (po wietnamsku oczywiście) że to wysoko, daleko, idzie się aż dwie godziny i się zmęczymy. Oczywiście i tak poszliśmy. Co było ciekawe - po drodze ludzie również zagadywali nas po wietnamsku i kompletnie się nie dziwili, że im po wietnamsku odpowiadam. Bardzo mi się to podobało ("Có xa không?" "Không xa lắm, 10 phút nữa...") Owszem, wspinaczka była dość męcząca (choć bynajmniej nie dwugodzinna, może z 45 minut...) Ale było naprawdę ładnie: naprawdę górsko i naprawdę nie-miejsko! Po drodze widzieliśmy niezmiernie malownicze widoki: pasma pagórków rozciągające się ku zachodowi (te górki w Sóc Sơn to końcówka pasma Tam Đảo, tworzącego park narodowy na północny zachód od Hanoi). Wreszcie oddychaliśmy świeżym powietrzem wśród bujnej, dzikiej zieleni. Chyba pierwszy podczas pobytu Wietnamie z Jankiem, a samodzielnie - pierwszy raz od czasu wizyty w Cúc Phương w październiku, byłam w lesie ! Piękna sprawa.

A na szczycie góry czekało na nas coś ciekawego – polowy ołtarz i kadzidelnica, ozdobione furkocącymi na wietrze czerwonymi płachtami i trzema flagami – buddyjską wielokolorową, wietnamską i jakąś inną niezidentyfikowaną... Oprócz nas - ni żywej duszy, staliśmy więc tak sobie wśród łopocących flag, próbując odgadnąć, z okazji jakiego święta umieszczony został na szczycie efektowny plakat - billboard. Zresztą, jest to uwiecznione na zdjęciach.



A potem zeszliśmy na dół, poszliśmy na parking i pojechaliśmy sobie. No i ja wpadłam na genialny pomysł: że może by tak wracać inną trasą, to będzie lepsza i szybsza droga. A mianowicie – pojechać obok lotniska. Tak też zrobiliśmy, pytając się jeszcze jakichś panów o drogę. Ale niestety, ów wspaniały pomysł nam wyszedł bokiem, kolokwialnie mówiąc. Droga była owszem, lepszej jakości– momentami jechaliśmy wręcz dwupasmową autostradą (!), poprowadzona gdzieś przez pola (nie sądziłam, że w bezpośredniej okolicy Hanoi istnieją tak „odludne” tereny, że człowiek jedzie i przez 500 metrów nie ma zabudowań :-)). Co gorsza, mżawka zamieniła się w deszcz, a momentami nawet – w ostry deszcz, zrobiło się szaro i nieciekawie. Janek żałował, że nie kupił kasku z zakrytą szybką - bo taki deszcz bardzo wali po oczach w czasie jazdy. W końcu dojechaliśmy do drogowskazu, który oznajmił nam: lotnisko 4 kilometry, Hanoi (przez most Thăng Long) – 27 kilometrów. Hm... Daleko. Ale dojechaliśmy w końcu, przemoknięci, brudni i zziębnięci, ale z miłymi wspomnieniami. (tyle, że sandały mi zgniły, ale i tak były zniszczone, trzeba kupić nowe). Zjedliśmy kolację w Pepperoni i dojechaliśmy do domu.


Zdjęcia z wyprawy można obejrzeć tutaj

Tuesday, April 8, 2008

Nanning 1

Kontynuacja wpisu Nanning 0.

Ostatnie 3 dni - od soboty rano do poniedziałku wieczorem - spędziliśmy w chińskim mieście Nanning, stolicy prowincji Guangxi. Celem wizyty było pobieżne rzucenie okiem na Chiny - państwo będące przedmiotem tak licznych dyskusji, komentarzy i kontrowersji. Od początku chcemy zaznaczyć, że nie jesteśmy ekspertami w kwestiach chińskich; umieszczamy na blogu jedynie to, co udało nam się zaobserwować przy tak krótkim czasie pobytu w pewnym mieście, stolicy przygranicznej prowincji. Mamy świadomość faktu, iż Chiny są państwem rozległym i wewnętrznie zróżnicowanym; poniższy opis należy więc traktować raczej podobnie do refleksji turysty na temat Polski na podstawie trzydniowej wizyty w Lublinie :)

Przyjazd

Na dworzec w Hanoi dojechaliśmy w piątek o 17:30. Nie było jasne, z którego dworca (a wchodziły w grę dwa, oddalone o 15 minut drogi na piechotę) pociąg rusza. W końcu Grażyna dogadała się po wietnamsku z jakimś pracownikiem kolei, że z obydwu. Poszliśmy do dworca głównego, po pokazaniu biletu ktoś nas zaprowadził do właściwego pociągu i przedziału. Ponieważ stał i sprawiał wrażenie, że czegoś oczekuje - daliśmy mu 20.000đ (3zł). Przedział okazał się być znacznie wygodniejszy, niż się spodziewaliśmy. Był bardziej komfortowy niż wagony sypialne w Polsce, które mają trzy łóżka na jednej ścianie, co powoduje, że nie da się siedzieć na dolnych łóżkach (jeżeli środkowe jest nieskładalne, a to zdarza się często). Ponadto pociąg był znacznie czystszy niż np. ten kursujący na trasie Warszawa - Budapeszt. Przedział dzieliliśmy z dwojgiem turystów: Szwajcarem z Zurychu i Włochem z Triestu.

Pociąg ruszył o 18:30. Około północy dojechaliśmy do Đồng Đăng, gdzie zmienialiśmy pociąg. Przy okazji odbyła się wietnamska kontrola paszportowa. Nie mieliśmy karteczek wjazdowych - ja swojej nie dostałem przylatując z Malezji, ale nie był to problem - dostaliśmy nową i złożyliśmy je razem z paszportami. Celnicy trochę porozmawiali z Grażyną - zaciekawiło ich widocznie, że biała potrafi mówić po wietnamsku. Całość zajęła nam jakieś 30 min, po czym wsiedliśmy do drugiego pociągu, który jechał do Pekinu.
Chiński wagon

Poszliśmy spać, ale po jakimś czasie pociąg się zatrzymał i przyszła do nas chińska celniczka prosząc po angielsku o paszporty. Dwie godziny później nam je oddała, po kolejnej pół godzinie pociąg ruszył. Nie wiem, co zajęło im tak wiele czasu. Pasażerów było ze trzydziestu, przynajmniej tyle widzieliśmy w Đồng Đăng. Grażyna żartowała, że wszystkich google'ają, znajdą logo Free Tibet na blogu i nas nie wpuszczą. To było nasze pierwsze zetknięcie z powolnością i skrupulatnością chińskiej biurokracji.

O 6:50 dojechaliśmy do Nanning. Udaliśmy się do kas kupić bilet powrotny, ale można było płacić tylko w juanach, których nie mieliśmy (w dwóch kantorach w Hanoi nie było możliwości takiej wymiany). Naszą uwagę zwrócił jednak fakt, że na okienku były podane godziny otwarcia! Udaliśmy się w kierunku hotelu.
Dworzec główny


Hotel

Wybór 3-gwiazdkowego hotelu Wanxing był dobrym pomysłem. Mieliśmy pewne problemy z trafieniem, ale w końcu się udało dzięki wypatrzeniu neonu z pierwszym chińskim znaczkiem nazwy hotelu. Recepcjonista potrafił do pewnego stopnia mówić po angielsku (aczkolwiek słowo "church" rozumiał jako "charge", więc darowaliśmy sobie pytanie o kościoły). Spisał oczywiście nasze dane z paszportów. Zapłaciliśmy 70$ za dwie noce za pokój business deluxe. Muszę przyznać, że nigdy nie nocowałem w tak luksusowym pokoju. Na ścianie płaski telewizor, oprócz tego komputer.

Ładna łazienka, choć dużą ilość szkła powodowała, że nawet z pokoju można było się domyślić czym się zajmuje osoba w łazience.

Ponadto lodówka z napojami i dużo innych rzeczy, np. golarki, które można wykorzystać, choć trzeba potem za nie zapłacić przy wymeldowaniu się. Najbardziej nam się podobał olejek "man joy sex oil" za ¥10. Żeby nie było wątpliwości co do zastosowania - na okładce widniała fotografia nagiego mężczyzny. Ciekawy jestem, czy informacja, że dwoje biznesmenów zużyło ten właśnie preparat zostaje w hotelu.


Cenzura internetu

Nie mogłem nie wykorzystać okazji, że mam w pokoju komputer z dostępem do internetu i nie sprawdzić jaka działa Wielki Chiński Firewall. Okazał się być zdecydowanie skuteczniejszy niż jego wietnamski odpowiednik. W Hanoi jeśli jakaś strona nie pokazywała się - wystarczyło znaleźć ją przez google'a i wybrać pobranie kopii z cache'a. W Chinach ta sztuczka nie zadziałała. Co więcej, po każdej próbie wejścia na stronę, która została zablokowana - na kilka minut pozbawiany byłem możliwości wejścia też na inne strony. Utrudniało to wynajdowanie stron, które nie są blokowane. Próbowałem używać proxy, ale ciężko było znaleźć takie, które w ogóle działało. A nawet wtedy - próba dostępu do zakazanych stron w rodzaju www.tibet.org czy http://en.wikipedia.org/wiki/Tibet kończyła się blokadą na kilka minut dostępu przez proxy do innych stron, choć dostęp bezpośredni nie był odcinany. Sposobem na obejście firewalla było użycie webproxy takiego jak http://plzdontblock.us , gdzie wpisywało się adres strony, która się wyświetlała. Działało to jednak zdecydowanie wolniej niż bezpośredni dostęp.

Miasto

Miasto Nanning nie należy do czołówki chińskich miast pod względem wielkości czy rozwoju (to dopiero 116 miasto w Chinach pod wzgledem udzialu w wytwarzaniu PKB), a mimo to jest znacznie bardziej nowoczesne - rozwinięte - miejskie niż Hanoi. W zasadzie trudno o tego rodzaju porównania. Nanning to miasto pełne wieżowców, nowoczesnych centrów handlowych, wieczorami rozbłyska neonami i prawdziwie wielkomiejskim oświetleniem. W sobote po godzinie 23 centrum miasta żyje, pełno jest przechadzających się mlodych ludzi, takze par trzymajacych się za ręce (więcej nawet jest par mieszanych niż męsko-męskich czy damsko-damskich) czy przytulających (tak rzadki widok w Hanoi - nie wypada!)

City nocą

Takie widoki też można było spotkać poruszając się po centrum

Bieg organizowany przez firmę Amway

Department Store

Pod mostem było coś w rodzaju plaży

Mam nadzieję, że króliczek bywa wypuszczany

Pełno tu McDonaldsów, KFC, ale i tutejszych, chińskich kuchni ulicznych - można kupić różne pierożki, szaszłyki, ciastka. Co istotne -jedzenie jest tańsze niż w Hanoi (mimo że miasto jest bardziej rozwinięte ekonomicznie). Za obiad z napojami dla dwóch osób zapłaciliśmy odpowiednik 12 złotych, a za kolacje - 9 złotych.

Odpowiedniki pierożków i racuchów

Ryż z mięsem

Torebka ze sklepu z portfelami. Warto kliknąć na obrazek i przyjrzeć się nazwom krajów...

Przy tym - jedzenie wydało się nam zdecydowanie bardziej dostosowane do naszych gustów smakowych, intensywniej przyprawione. I co najważniejsze - nie trzeba było się wykłócać o ceny. W przeciwieństwie do Hanoi płaciliśmy jak miejscowi. Pewnie było to rezultatem faktu, ze Nanning to miasto całkowicie nieturystyczne. Osób o nieazjatyckiej aparycji praktycznie nie widywaliśmy (pomijając dworzec kolejowy, przez cały pobyt udało nam się wypatrzeć raptem pięciu białych). Ludzie przygladali się nam z ciekawością, ale nienatarczywie.

Tańczący mieszkańcy

Co rownież interesujące - w Nanning widać było większe zrożnicowanie w obrębie stylu ubioru mieszkańców. Po ulicach spacerowały dziewczyny w eleganckich spódniczkach, starsze panie w powiewnych sukienkach. Kobiety rownie często noszą krótkie fryzury, co długie. Zarówno wśród chłopców, jak i dziewczyn niezmiernie popularne było farbowanie włosów. Często widywało się też fryzury w stylu emo (zastanawialiśmy się, czy przyjmowanie takiego image'u wiąże się w Chinach z wyznawaniem zachodniej emoideologii). Była to pewna odmiana po hanojskiej uniformizacji, gdzie większość dziewczyn ma długie, proste wlosy i nosi spodnie oraz bluzke z kołnierzykiem (a już koniecznie z rękawkiem!) No i te przytulające się pary... Odnieślismy wrażenie, że panuje tu większa swoboda obyczajowa, w tym większe przyzwolenie na różne zachowania. W przewodniku wyczytaliśmy, że zaczyna się popularyzować mieszkanie ze sobą przed ślubem – rzecz wciąż niespotykana w Hanoi, nawet wśród młodych ludzi.

W sobotę po poludniu byliśmy w sympatycznym parku (jeziorka, jakiś fort, dużo ładnej zieleni).

Z okazji roku myszy

Jakieś działo

Młody artylerzysta

Można było odpocząć w przyjemnym otoczeniu, choć rzuca się w oczy fakt, ze wszędzie tu są tłumy ludzi - na każdym kroku. No cóż, gęste zaludnienie wschodniej czesci Chin to sprawa wiadoma. Mimo tego, miasto jest zdecydowanie bardziej przestronne niż Hanoi - jest to kwestia głównie szerokich ulic i dużej ilości wolnej przestrzeni, co powoduje, że panuje tu przewiew i jest czym oddychać. Rozkład jazdy autobusów jest podany na przystankach. Zamiast motorków dominują samochody oraz motorowery z silnikiem elektrycznym. Miasto jest też czystsze i bardziej uporządkowane - nie ma przyzwolenia na parkowanie motorków czy samochodów w dowolnym miejscu, zastawianie chodnika i ulicy, nie mowiac już o wszechobecności straganów (oczywiście opisuję tu Hanoi). W Nanning jest porządek - owszem, stragany uliczne są, ale w wydzielonych miejscach; poza nimi, chodnik należy do pieszych, nie do "drobnego biznesu".

Kontrola

Żeby nie było tak różowo - choć nie mieliśmy okazji doświadczać bezwzględności chińskiego reżimu, rzuca się w oczy fakt istnienia silnej kontroli. Paszporty na granicy sprawdzano nam niemożebnie dokładnie i długo, spędziliśmy tam prawie 3 godziny! (z czego celnicy wietnamscy uwinęli się w 30 minut, a chińscy... szkoda gadac). Co więcej, kiedy wymienialismy pieniadze w banku, okazało się, że trzeba dopełnić całkiem poważnych formalności – wypełniać formularz z danymi osobowymi, a także okazać paszport... Widzieliśmy też wielki budynek rządowy oraz imponujący plakat propagandowy naprzeciwko niego, sławiący trzech wodzów - Mao, Deng Xiaopinga i Hu Jintao.

O skutkach Wielkiego Skoku nie ma takich wielkich plakatów

Nikt nas nie zgarnął za szydzenie z "wielkich przywódców"

Niewątpliwie różne ponure rzeczy tu mają miejsce - ale w aspekcie pobieżnego kontaktu na linii cudzoziemcy - miejscowi handlarze, obsługa, infrastruktura, miasto Nanning jawi się bardzo sympatycznie, choć czuć siłę władzy. Kupno biletów powrotnych do Hanoi trwało 15 minut, angażowało trzech pracowników i wiązało się z wypełnieniem wielu druczków (co ciekawe, Chińczyk za nami kupujący bilet w tej samej kasie z pociągami międzynarodowymi został obsłużony w minutę). Władza jest uprzejma, ale człowiek ma nieodparte wrażenie, że jeśli by coś narozrabiał w jednym miejscu w Chinach - to na granicy będą o tym wiedzieć... (Ciekawe, czy czytają tego bloga? :-) )

Park

W niedzielę pojechaliśmy do oddalonego o 6 km parku. Dużo przestrzeni, ładne krajobrazy i dobra infrastruktura zostawiły na nas dobre wrażenie.
Przed bambusowym mostem zbudowanym przez mniejszość Dong


Widzieliśmy tam świątynię - ludzi kupowali kadzidła i modlili się. Dalej znajdowała się również Pagoda Feniksa, pozbawiona jednak elementów sakralnych i stanowiąca jedynie ładny punkt widokowy. Widać też było restaurowane, czy może odbudowywane świątynie - nie wiemy na ile te budynki sakralne, które zwiedziliśmy były zniszczone w czasie Rewolucji Kulturalnej.
Pagoda Feniksa

Język
Aby widzieć poprawnie znaki chińskie w tej części trzeba mieć zainstalować obsługę znaków wschodnio-azjatyckich.

Pewną tradycją naszych wyjazdów jest niesystematyczne rozgryzanie lokalnego języka przy pomocy przewodnika oraz napisów. Bywa to pożyteczne, choć z reguły służy tylko zaspokojeniu ciekawości, np. interesujące było odkrycie w Finlandii, że estoński rdzeń "kesk" - centrum (np. "kesklinn" - centrum miasta) ma swój odpowiednik w fińskim "keskus", a często powtarzające się słowo "matka" znaczy po prostu "podróż". Stąd intrygujące "matkakeskus" to odpowiednik angielskiego "travel center" a hasło w autobusie: "hyvää matkaa" - szczęśliwej podróży (deklinacji fińskiej nie rozgryźliśmy)

Przed przyjazdem do Chin nauczyliśmy się rozpoznawania podstawowych znaków jak
狗肉 - psie mięso - aby wiedzieć, czego unikać
厕所 - toaleta
男 - męski (mężczyzna)
女 - żeński (kobieta)
南宁 - Nanning


Potem zorientowaliśmy się co znaczy:
出口 - wyjście
入口 - wejście
牛肉 - wołowina
广西 - Guangxi
北京 - Pekin
台北 - Tajpej

Mieliśmy trochę zabawy ze znajdywaniem fragmentów jednych znaków w innych, albo słów składających się ze znaków, które widzieliśmy w innych słowach. Czasami musieliśmy znajdywać części wspólne dwóch zdań po chińsku. Raz w knajpie serwującej "western food" -jak głosił szyld po angielsku - dostaliśmy menu z sokami po chińsku. Próba znalezienia części wspólnej z listą soków z naszego przewodnika wiele nie dała (kelnerka zaś angielskiego oczywiście nie znała). Na szczęście nazwy ulic są podane w transkrypcji, choć tylko przy głównych skrzyżowaniach. Niestety, w przeciwieństwie do Hanoi, rzadko kiedy podawane były numery domów. Znajomość pierwszego znaku z nazwy naszego hotelu - 万兴酒店 - pomogła nam go znaleźć, bo na neonie nie było nazwy w transkrypcji. Raz się przydała podstawowa znajomość liczb, gdy kelnerka w kawiarni pokazała ile mamy zapłacić za 2 duże piwa: 十 czyli dziesięć juanów (3,3 zł).

Nie nauczyliśmy się wymowy liczb w lokalnym dialekcie, a że bardzo mało ludzi znało angielski - porozumiewanie było utrudnione, ale możliwe. Prawdopodobnie ze względu na nie-turystyczny charakter miasta, znajomość obcych języków była bardzo ograniczona. Na szczęście w kasie międzynarodowej można się było po angielsku dogadać, poza tym trochę było napisów po angielsku (zdecydowanie więcej niż w Warszawie, pomijając reklamy) i trochę po wietnamsku. Powszechne było też zapisywanie nazw w języku mniejszości Zhuang.

Wyjazd

Jadący z Pekinu pociąg do Hanoi ruszał o 21:16. Nie wiedząc gdzie mamy oczekiwać, pokazaliśmy pracownikowi kolei bilet. Zaprowadził nas na właściwe miejsce, do luksusowej poczekalni, gdzie inni podróżni siedząc w bardzo eleganckich fotelach i oglądając film oczekiwali na pociąg. Podczas drogi powrotnej ponownie strona chińska bardzo długo sprawdzała nasze paszporty. Za to gdy o drugiej nad ranem po zatrzymaliśmy się po stronie wietnamskiej w Đồng Đăng - mogliśmy sobie przypomnieć, do czego wracamy. Krzesełka w poczekalni były tak ustawione, że z jednej strony trzeba było się przeciskać - choć wystarczyłoby umieścić je pół metra dalej. Po poczekalni kręciła się jakaś zaprzyjaźniona z pracownikami suka. Podczas składania paszportów złożyliśmy też karteczki uprawniające nas do zakupów w sklepie wolnocłowym. Normalnie część z nich jest odrywana i gromadzona, ale tym razem celnicy po postemplowaniu oddali nam je w całości. Widzieliśmy, że jakaś pani je zbiera, ale nie chciało nam się ruszać, ona do nas nie podeszła, więc karteczki nam zostały. Wezwano nas też do okienka kwarantanny, gdzie pani przykładała każdemu do ucha na dwie sekundy termometr. Ta "usługa" była chyba obowiązkowa (choć nikt nam nie sprawdzał otrzymanych karteczek), ale płatna. 2000đ (30 gr) to nie jest dużo, ale np. nasz współpasażer - Japończyk nie miał dongów, więc zapłaciliśmy za niego. W poczekalni znajdowało się stanowisko ze sprzedażą artykułów spożywczych i wymianą walut. Chciałem wymienić moje ¥50, ale po usłyszeniu ceny - 60.000đ tylko parsknąłem śmiechem. Mój banknot wart był 115.000đ.

W pociągu wietnamskim źle się spało, klimatyzator głośno chodził, a wagonem strasznie rzucało. Dodatkowo pani kontrolerka obudziła nas półtorej godziny przed dojazdem do Hanoi, po czym kilka razy przychodziła do nas żądając a to podania poduszki, a to pościeli czy też zerwania firanek. Współpasażer Nowozelandczyk żartował, że ta "scary woman" zaraz zażąda od niego oddania T-shirta. Wcześniej, zanim pociąg ruszył, pasażer z innego przedziału przyszedł do nas z problemem, że ta kobieta chce od niego jakichś pieniędzy, ale on nie wie ile i za co. Pewnie nieopatrznie przyjął od niej jakieś "free beer". W każdym razie, cały wagon miał o godzinę snu mniej, ale przynajmniej pani kontrolerka szybciej uwinęła się z robotą.

Po przybyciu na dworzec w Hanoi dopadli nas jacyś naganiacze do taksówek i hoteli - mimo, że trzeba mieć bilet, aby wejść na peron. Po wyjściu z poczekalni było jeszcze gorzej, ale udało się nam ich ominąć i pójść do taksówki, która za nami nie krzyczała - wyznajemy zasadę, że jeśli ktoś nagania, to pewnie jest do oszust. Po powrocie do domu włączyliśmy klimatyzację i poszliśmy spać. Jak twierdzi nasza prognoza pogody, dziś przy wilgotności 72% temperatura wynosi 36 stopni, pociesza nas jedynie myśl, że w Nanning ma być gorzej.

Więcej zdjęć na: http://picasaweb.google.pl/g.szymanska/Nanning
Ciekawy wpis o Chinach i Tybecie.

Friday, March 28, 2008

Nanning 0

Ten wpis, nieco wbrew tytułowi, nie będzie o wyjeździe do Nanning - bo jedziemy tam dopiero za tydzień. Na razie dużo emocji dostarczają nam same przygotowania.

Udajemy się do Nanning, bo z powodu braku tanich połączeń do Chin zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem, a Nanning - stolica prowincji Guangxi było pierwszym dużym miastem przez który pociąg do Pekinu przejeżdża.

Żeby kupić bilet na pociąg - trzeba uprzednio mieć wystawioną wizę do Chin. Dlatego w czwartek 20 marca pojechaliśmy do ambasady. Strona internetowa ambasady była dostępna tylko w wersji chińskiej, więc nie nie wiedzieliśmy w jakich godzinach urząd jest czynny. Na miejscu okazało się, że tylko do godziny 11 - więc był już zamknięty. Przyjechaliśmy następnego dnia o godzinie 10. Staliśmy blisko godzinę w kolejce na terenie ambasady, przed wejściem do budynku. Nie było przewidzianych krzeseł dla oczekujących, ale można było oprzeć się o barierkę. Kolejka nie posuwała się do przodu, zastanawialiśmy się, czy nie należało tego jednak załatwiać przez biuro podróży. Wtedy moglibyśmy iść do domu, tylko uprzednio w ramach wyładowania frustracji byśmy jeszcze rozrzucili ulotki o Tybecie (których oczywiście nie mieliśmy). W końcu weszliśmy do środka. Złożyliśmy nasze paszporty i formularz wizowy w języku chińskim i angielskim, ściągnięty ze strony ambasady Chin w USA. Wietnamczycy składali formularze z podpisami po chińsku i wietnamsku, więc obawialiśmy się, że nasze niekonwencjonalne papiery mogą spowodować problemy, ale na szczęście przyjęli je od nas. Dostaliśmy - jak się miało okazać - bardzo cenną rzecz: kwitek uprawniający do odbioru paszportów w środę.

W poniedziałek wieczorem jechaliśmy sobie motorkiem, gdy nagle ktoś wyszarpnął Grażynie torebkę. W takich momentach człowiek jest zdezorientowany i potrzebuje kilka sekund na zorientowanie się co się stało. Jak tylko dotarło do mnie, że zostaliśmy okradzeni, ruszyłem w pościg za złodziejami, ale oni byli zbyt daleko. Wydaje mi się, że skręcili na najbliższym skrzyżowaniu w lewo, ale zmieniły się już światła, z przeciwka zaczęły jechać autobusy - nie było szans ich dogonić. Tamci byli, niestety, profesjonalistami. Wykorzystali fakt, że umiejscowienie torby między nami było dla mnie niewygodne, więc Grażyna trzymała ją z boku. Pojechaliśmy czym prędzej do domu, żeby jak najszybciej zablokować karty. Wpadliśmy na górę i korzystając ze skype'a zadzwoniliśmy na infolinię mBanku i Citibanku. Pani z teleserwisu przeraziła się, słysząc, jak Grażyna mówi do mnie, że straciła 50 tysięcy. Trzeba było wyjaśnić, że w lokalnej walucie to jest odpowiednik 7 złotych. Wydawało nam się, że nic cennego nie było w torbie: telefon Grażyna zapomniała wziąć z domu, pendrive też został, kwitek od krawca ja miałem, dowód osobisty i tak do wymiany. O kwitku z ambasady przypomnieliśmy sobie dopiero potem, ale nie doceniliśmy jego kluczowego znaczenia...

Gdy w środę pojechaliśmy do ambasady strażnik - Wietnamczyk, zresztą najprawdopodobniej z południa - po opisaniu po wietnamsku przez Grażynę naszej sytuacji, wpuścił nas do środka. Okazało się jednak, że nic nie możemy załatwić. Pani w okienku odbioru paszportów stwierdziła: nie ma kwitka - nie ma paszportów, i odesłała nas do okienka składania wniosków o wizę. Odczekaliśmy swoje, ale urzędnik stwierdził tylko, że powinniśmy przynieść zaświadczenie z ambasady polskiej i od policji wietnamskiej. Nie dał się przekonać, że policja nie wystawi parze białasów nie legitymujących się żadnym dokumentem zaświadczenia, że nazywają się tak i tak i skradziono im kwitek z ambasady. To, że my to my mogli wywnioskować ze zdjęć na paszporcie i wniosku wizowym, ale to też ich nie przekonało. Można by powiedzieć, że odesłali nas z kwitkiem.

Pojechaliśmy do polskiej ambasady, gdzie wreszcie spotkaliśmy się ze zrozumieniem. Przedstawiliśmy naszą sprawę panu pełniącemu obowiązki konsula, który wziął od nas nasze dane, zadzwonił do konsula chińskiego i przez 10 minut próbował go przekonać (po chińsku!), żeby wydali nam jakoś te paszporty na podstawie pisma konsula. Stanęło jednak na tym, że ambasador Polski musi wystosować notę dyplomatyczną od ambasady Polski do ambasady Chin. Ale ambasador wyjechał, przez co sprawa musiała zostać odłożona do czasu jego powrotu. Pan pocieszył nas, że paszport jest własnością rządu RP, więc muszą go w końcu oddać. Podziękowaliśmy i pojechaliśmy do domu. Nie wyglądało to dobrze - zwłaszcza, że zaczęliśmy się obawiać, czy złodzieje nie wykorzystają sytuacji i nie odbiorą sami naszych paszportów. Wydawało nam się to mało prawdopodobne, że zorientowali się co to jest i że będą chcieli go wykorzystać - ale obawiam się, że gdyby chcieli, to by mogli pójść do ambasady, pokazać nasz kwitek i nie niepokojeni wyjść z naszymi paszportami.

Pan z polskiej ambasady zadzwonił jednak jeszcze tego samego dnia i przekazał nam, że strona chińska zgodziła się, że wystarczy im zaświadczenie od niego o tym, że jesteśmy obywatelami Polski. Następnego dnia znów poszliśmy po zaświadczenie do ambasady polskiej, aby je zanieść do ambasady Chin. Trochę Grażyna musiała ich przekonywać, ale dostaliśmy paszporty z powrotem. Co miłe - wizy były bezpłatne. Nadal nie rozumiem jednak, po co im było to pismo, skoro wyłuszczony na piśmie fakt, że Jan Matusiewicz i Grażyna Szymańska urodzeni tego a tego dnia są obywatelami Polski, był zawarty w paszportach, którymi dysponowali. A przy tym sporządzić samemu takie pismo to nie problem.

Potem pojechaliśmy na dworzec kupić bilety. Miłe było to, że w kasie międzynarodowej pani mówiła po angielsku - na Dworcu Centralnym w Warszawie nie zawsze cudzoziemiec może liczyć na taki luksus. Bilet do Nanning dla jednej osoby kosztował 758.000 đ (107 zł). Nie mieliśmy wystarczającej ilości pieniędzy, żeby kupić dwa, więc zapytaliśmy, gdzie jest najbliższy bankomat (kartą oczywiście nie można było płacić). Pani nie wiedziała (pewnie cudzoziemcy noszą zwykle całą potrzebną gotówkę przy sobie), więc poszliśmy szukać bankomatu. Pierwszy przyjmował tylko MasterCard, 2 następne nie działały. Stwierdziliśmy, że wrócimy wieczorem zahaczając o bankomat w pobliżu domu.

Gdy przyjechaliśmy wieczorem okazało się, że kasa jest nieczynna. Dowiedzieliśmy się, że jest czynna "rano". Udało nam się też (po angielsku!) dowiedzieć, że rano - znaczy do 17. Przyjechaliśmy następnego dnia (czyli dzisiaj) o godzinie 12:20. Kasa była zamknięta - dowiedzieliśmy się od pani kasjerki, że zostanie otwarta o 13:30 (ciekawe, czy ktoś poza nami czuł potrzebę powieszenie kartki z rozkładem czasowym okienka). Odpowiedź na pytanie, czy jutro jest otwarta nie była jasna, ale wyglądało na to, że nie. Stwierdziliśmy, że nie ma co jechać do domu i pojechaliśmy do Pepperoni Pizza, skąd wróciliśmy na 13:30. Kasjerka w zaawansowanej ciąży nas przyjęła, sprawdziła nasze paszporty i zaczęła ręcznie wypisywać bilet. Obok stało coś, co wyglądało na połączenie drukarki z kalkulatorem, oraz komputer na którym cały czas wyświetlał się jakiś kolorowy wykres kołowy. Pani musiała wykonać jakieś telefony (pewnie synchronizacja dostępu do unikatowego zasobu jakim są miejsca w pociągu - żeby na innym dworcu nie sprzedał ktoś biletu na to samo miejsce) , kazała nam usiąść i w międzyczasie przyjmowała innych klientów. W końcu, po blisko godzinie dostaliśmy bilety i paszporty. Mamy się zjawić przynajmniej 10 minut przed odjazdem pociągu, ale nie jesteśmy do końca pewni gdzie, bo kasjerka mówiła, że na hali odjazdów - ale profesjonalna kartka ze schematyczną mapką, którą sobie wzięliśmy wskazywała na inny, pobliski dworzec. Informacji nie było, pewnie też zrobiła sobie jakąś przerwę. Tamten dworzec był pustawy. Pewnie skończy się na próbie generalnej - czyli przyjechaniu we wtorek o 18:30 celem empirycznego przekonania się, skąd ten pociąg rusza.

Monday, March 24, 2008

Przedmieścia 2

Sobotni dzień (15.03) był zabawny. Chcieliśmy iść na basen, ale okazało się, że praktycznie jest to niemożliwe. W Hanoi mamy bowiem do dyspozycji albo baseny odkryte (a tego dnia w południe było jakieś 20 stopni i mżawka), albo kryte – miejskie o niepewnym standardzie higienicznym, za to ostrych standardach moralnych (dziewczyny pływają tam w podkoszulkach – a ja (Grażyna mówi) nie chciałam narażać się na gwizdy i zaczepki). Ewentualnie można pójść za 17 dolarów (!) do hotelu Hilton. No i nic z tego nie wyszło, poczekamy chyba na wiosnę...

Zjedliśmy w ramach śniadania chleb z poprzedniego dnia z serem i dżemem (super). A ja na mapie Hanoi znalazłam, jak mi się wydawało, ciekawe miejsce. Na obrzeżach miasta, daleko za politechniką, na południu, jeszcze tam nie byliśmy. Park Yên Sở – kilka jeziorek i dużo zieleni. Na stronach internetowych znalazłam informację, że można nawet grać w tenisa. Wprawdzie nie umiemy grać w tenisa i nie mamy rakiet - ale i tak nas to zachęciło. Wyruszyliśmy w drogę, nie biorąc ze sobą aparatu - jako że uznaliśmy, że niczego ciekawego do fotografowania nie będzie.
I tak jechaliśmy najpierw tłoczną Bạch Mai, mijając jakiś ślub, potem szosą o wyglądzie nieco podmiejskim, wzdłuż jakiegoś syfnego kanałku... im dalej, tym brudniej. Coraz więcej pyłu, kurzu, spalin. W końcu zobaczyliśmy po lewej wielkie, niezbyt atrakcyjne zbiorniki wodne, otoczone nielicznymi, utopionymi w kurzu bananowcami. Pojechaliśmy jeszcze dalej i skręciliśmy w drogę, która miała prowadzić bezpośrednio do parku. Była całkowicie zawalona tirami i samochodami transportowymi. Wszędzie dookoła leżał gruz i różnorodne materiały budowlane. Jechaliśmy szybciej niż samochody, gdyż podobnie jak inni motocykliści mogliśmy sunąć poboczem. Popatrzyłam raz jeszcze na mapę – no tak, tutaj w planach jest budowa nowego mostu. I najwyraźniej właśnie ten most budują. A park? W miejscu, gdzie powinien być, widzieliśmy przerzedzone, przysypane gruzem drzewka, podmokłe tereny i brudnawe bajorka. Hm. Doszłam do wniosku, że postanowiono poświęcić park na rzecz wybudowania mostu. Ach, okrutne macki industrializacji. Powstało pytanie, co robić dalej.

Postanowiliśmy skręcić w drogę otaczającą „park” od zachodu. Droga okazała się być trasą krajową nr 1 - a w zasadzie, jej nową nitką. Słowem, autostrada. Całkiem nowoczesna, z dobrą nawierzchnią, bez dziur, szeroka, z 2 pasami ruchu i – chwała Bogu – pustawa. Janek grzał motorkiem 55 na godzinę. I w zasadzie mieliśmy jeden problem – nie było żadnych zjazdów z drogi, żadnych możliwości zawrócenia. Na drogowskazach widniał napis „Thanh Hóa 140 km”, więc żartowałam, że najwyżej dojedziemy tam. Albo przynajmniej do Ninh Bình, to po drodze.

Po jakimś czasie, bynajmniej nie krótkim – już tak z 30 km od centrum Hanoi pewnie – znak zjazdu się pojawił. No to żeśmy zjechali. Po prawej stronie mieliśmy jakieś małe miasteczko, ale do zwiedzania zniechęciła nas sugestywna, „psia” restauracja (tak, tak, serwująca psie mięso), reklamująca się przy samym wjeździe. Teraz dylemat –pojechać w lewo, czy w prawo? Zdecydowaliśmy się jechać w stronę Rzeki Czerwonej; może uda się odbić w jakąś boczną drogę, i wrócić do Hanoi alternatywną trasą? (Nie muszę dodawać, że nie mieliśmy adekwatnej mapy).
Początkowo jechaliśmy betonową drogą, na której dwa motorki się miną, ale dla samochodu będzie już za wąska. Taka droga biegła wzdłuż autostrady w kierunku Hanoi. My jednak postanowiliśmy trochę pozwiedzać i tak zaczęło się kluczenie po wsi i polach ryżowych. Przedtem jeszcze zwiedziliśmy jakąś przydrożną pagodę – całkiem interesującą, albowiem przed świątynią było kilka posągów psów, kolorowych, pewnie z tworzywa czy pomalowanego gipsu, ale i kamiennych. A oprócz tego – dwa żywe psy, wielkości i koloru podobnego do posągów; jeden się bał, a drugi – szczeniak – chciał się bawić. Była tam też jakaś para, dziewczyna zamieniła z nami parę zdań po angielsku.

A potem błądziliśmy na wąziuteńkich ścieżkach pomiędzy ryżowiskami. Udało się nam nie wpaść do wody na żadnym z zakrętów. Ludzie gapili się na nas jak na ufo, jakby nigdy do tej pory nie widzieli na swoim polu pary białasów na motorku, a ja plułam sobie w brodę, że nie wzięliśmy aparatu. W końcu obraliśmy drogę boczną, biegnącą wzdłuż krajówki, i skierowaliśmy się z powrotem ku Hanoi. Zajęło nam to trochę, zwłaszcza, że w pewnym momencie droga gdzieś odbiła i znów zaczęło się błądzenie. Obserwowaliśmy sobie ot takie sobotnie popołudnie: dzieciaki szkolne i nastolatki włóczyły się tu i tam, ktoś coś naprawiał. Ludzie pracowali na polach w dużej mierze bez użycia specjalistycznych narzędzi – pani brodziła w wodzie i wyrywała kłosy ręcznie; ludzie nawadniali pole przelewając wodę jakąś wielką chochlą z pobliskiego rowu melioracyjnego.



Ptactwo w pobliżu autostrady

W końcu trafiliśmy do Hanoi od strony huyện Thanh Trì. Straszny korek nas czekał przed wjazdem na Giải Phong (czyli główną drogę wyjazdową na południe, biegnącą przy dworcu kolejowym i dworcu autobusowym Giáp Bát). Samochody skręcające w bok zakorkowały drogę motorkom jadącym prosto, które korkowały przejazd pojazdom z tyłu...Na skrzyżowaniu stał jakiś policjant, ale nic nie próbował zdziałać. Dojechaliśmy w końcu do centrum i do Pepperoni na Bảo Khánh, gdzie załapaliśmy się na promocję „2 pizze w cenie jednej”. Strasznie byliśmy zmęczeni i bolały nas tyłki – 3 godziny jazdy bez przerwy, jakby nie było.

Billboard na polu


A na końcu wyjaśnienie zagadki parku Yên Sở - parku, którego nie było. Otóż, park jest – ale w budowie. Przywykliśmy już do tego, że na mapie są narysowane elementy, które się dopiero buduje, np. mosty. Zwykle wówczas występuje dopisek "planned" - którego w tym wypadku nie było. Park buduje malezyjskie przedsiębiorstwo (za grubą kasę). Jego otwarcie w 2010 ma być jednym z elementów uświetniających tysiąclecie Thăng Long-Hà Nội. Będzie wypasiony, eleganckie jeziorka, parki tematyczne, sklepy, hotel pięciogwiazdkowy i w ogóle. No cóż, to już nie za naszej kadencji.