W końcu udało nam się dotrzeć do domu, gdzie zostawiliśmy motor. Skierowaliśmy się na Bờ Hồ i po 5 minutach byliśmy na miejscu.
Widzieliśmy mnóstwo ludzi i trochę myszy, na szczęście głównie na obrazkach. Dało się zaobserwować przygotowane ofiary do spalenia:
I sam moment palenia (po północy)
Piękną rzeczą był startujący lampion. Podpięta pochodnia ogrzewa powietrze, co powoduje, że lampion leci do góry.
O północy rozpoczęły się fajerwerki, a łączność komórkowa siadła zupełnie. Fajerwerki - całkiem pokaźne - skończyły się po kwadransie, z telefonu dało się normalnie korzystać po 2 godzinach, co było o tyle irytujące, że umówiliśmy się z naszą wietnamską koleżanką i nie mogliśmy się odnaleźć.
Wróciliśmy do domu jako ostatni z domowników, a ja żałowałem tylko, że święto Tết nie jest obchodzone w Polsce, w związku z czym następnego dnia trzeba normalnie pracować.
0 comments:
Post a Comment